Reklama

Samochód z USA? Lepiej dobrze się zastanów...

Fani amerykańskiej motoryzacji nie mają w Polsce łatwego życia. Znalezienie w naszym kraju auta zza oceanu, które nie ma za sobą tzw. "szkody całkowitej", graniczy z cudem.

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z faktu, że sprowadzenie pojazdu z USA wiąże się z ogromnymi kosztami. Za sam transport (wynajęcie kontenera i miejsca na statku) do Europy zapłacić trzeba około 1500 dolarów. Kolejnych 500 dolarów pochłonie dostarczenie auta do portu w Stanach.

Reklama

Do tego doliczyć trzeba jeszcze koszty związane z transportem pojazdu na terenie Unii Europejskiej (większość kontenerowców ze Stanów trafia do portu w Hamburgu). Śmiało można więc przyjąć, że samo "ściągnięcie" samochodu z USA "pod dom" kosztować nas będzie około 8 tys. zł.

Następnie trzeba jeszcze opłacić cło (10 proc. wartości pojazdu) oraz - standardowo - akcyzę w wysokości 18,6 proc. (dla aut z silniami o pojemności powyżej 2,0 l.). Musimy też uregulować podatek VAT (23 proc.) liczony od całości kosztów, czyli - w tym przypadku - ceny pojazdu, cła i akcyzy!

Przykładowo: jeśli kupimy auto za 10 tys. dolarów (około 39 tys. zł) dla urzędu celnego będzie ono warte 12 tys. dolarów (plus 2 tys. dolarów za koszty transportu). Od tej kwoty - w przeliczeniu - około 47 tys. zł - zapłacimy 10 proc. (czyli 4,7 tys. zł) cła. Teraz należy doliczyć 18,6 proc. akcyzy (od 10 tys. dolarów daje to kwotę około 7,2 tys. zł) i 23 proc. VAT. Podatek liczony jest od "ogółu kosztów" (bez transportu). Urząd wyliczy go sumując cenę zakupu (39 tys. zł), cło (4,7 tys. zł) i akcyzę (7,2 tys. zł). Pobieżna suma kosztów ujawnia, że auto warte w Stanach około 40 tys. zl w rzeczywistości kosztować nas będzie około 80 tys. zł!

Wyciągnięcie wniosków z takiej kalkulacji nie jest trudne. Samo sprowadzenie kosztować będzie około 1/3 ceny auta. Jeśli doliczymy do tego prowizję handlarza i niezbędne przeróbki techniczne (światła, lusterka, wskaźniki) okaże się, że popularny w Europie model, który kupić można za 50-60 tys. zł, po sprowadzeniu z USA, musiałby kosztować dwa razy tyle! Nawet jeśli wziąć pod uwagę niższe ceny samochodów w Stanach, gra nie wydaje się warta świeczki. No chyba, że auto uda nam się kupić w niezwykle okazyjnej cenie, wielokrotnie niższej niż jego wartość rynkowa...

Właśnie tego typu pojazdy, po tzw. "szkodach całkowitych", szerokim strumieniem płyną do naszego kraju w ramach prywatnego importu. Większość ma za sobą bardzo poważne wypadki, inne padły ofiarą wandali lub klęsk żywiołowych w postaci tornad czy powodzi. Na szczęście, coraz większa liczba nabywców zachowuje wzmożoną ostrożność. Dzięki temu, handlarze mają coraz większe problemy ze sprzedażą wraków.

Przekonał się o tym 38-letni sprzedawca z Mielca, który - na jednym z serwisów ogłoszeniowych - oferował do sprzedaży Jeepa Wranglera w "idealnym stanie technicznym". W ogłoszeniu, którym zainteresował się pewien mężczyzna, widniał zapis, że samochód jest "bezwypadkowy", "nie malowany" i "prawie jak nowy". Potencjalnemu kupcowi udało się jednak odtworzyć zawiłą historię tego egzemplarza. Z numeru VIN wynikało, że auto doszczętnie spłonęło na terenie Stanów Zjednoczonych...

Zainteresowany kupnem mężczyzna umówił się ze sprzedającym. Mieszkaniec Mielca nadal utrzymywał, że auto jest w idealnym stanie. Na miejsce została wezwana policja. Funkcjonariusze zabezpieczyli samochód wraz z kluczykami i dokumentami pojazdu.

38-letniemu mieszkańcowi Mielca policjanci postawili zarzut usiłowania oszustwa. W czasie przesłuchania mężczyzna przyznał, że miał informacje od innych zainteresowanych zakupem, że pojazd mógł być wcześniej spalony, mimo to ponownie zdecydował się na sprzedaż tego samochodu.

O dalszych czynnościach zadecydują policyjne ekspertyzy i opinie biegłych specjalistów. Te wykazać mają, czy samochód odbudowano, czy - co bardziej prawdopodobne - zostały w nim przebite numery VIN.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jeep

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama