"5 tys. zł to już sukces". Handlarz zdradza, ile zarabia na autach z Niemiec
Nie jest łatwo namówić człowieka żyjącego z importu używanych aut na szczerą rozmowę. Tym razem się udało. Mój rozmówca, bez unikania odpowiedzi opowiedział o realnych marżach, naprawach po "motorschaden", trikach zwiększających zysk i o tym, czy auta z Niemiec to faktycznie złom po dachowaniu. Nie ma tu legend o progach z puszek po piwie. Jest chłodna kalkulacja i twarda ekonomia.

Ze zrozumiałych względów mój rozmówca nie chce zdradzać tożsamości, wobec czego będziemy nazywać go - jak na przysłowiowego handlarza przystało - "Mirkiem". Mirek żyje wyłącznie z handlu samochodami i drobnych napraw blacharsko-lakierniczych. Podkreślam słowo "drobnych", bo nie ma ani własnej ramy z "koniem", ani też chęci, by "bawić się" w czasochłonne odbudowy mocno rozbitych aut.
Jak to się stało, że zająłeś się handlem używanymi samochodami?
- Pamiętałem, że tata przynosił do domu tyle pieniędzy - mówiąc to wskazuje palcami wysokość pliku z wypłatą. To były czasy, gdy pieniążki wypłacali w kasie i przynosiło się do domu pasek z wypłatą - tłumaczy.
I żyliśmy z tego przez miesiąc. Miałem rower, miałem buty. Na tamte czasy - miałem wszystko. Ale kiedyś pojechaliśmy na giełdę do Lubina i nagle za naszą Astrę ojciec dostał taką górę gotówki, że wręcz nie mogłem w to uwierzyć. Oczywiście nie wiedziałem, że on najpierw musiał te pieniądze wydać. Wtedy pomyślałem, że to jest coś, co naprawdę chciałbym w życiu robić.
Zanim przejdziemy do ambitniejszej rozmowy, muszę zadać pytanie nurtujące tysiące polskich internautów. Ile handlarz zarabia na samochodzie i czy w ogóle da się mówić w tym temacie o jakiś prawidłowościach?
- Ciężki temat, bo co auto to osobna historia. Jeśli na popularnym samochodzie zarobisz 5 tys. zł to masz bardzo dobry wynik. Jak policzysz sobie koszty transportu, własnej pracy, fajek wypalonych na placu czy drobnych napraw, to realnie częściej wychodzi koło 3 tys. zł. Mowa oczywiście o autach popularnych, "statystycznych" - 13-15-latkach pokroju Astry, Corsy czy Focusa.
Ale wiem, że często miewasz też dużo lepsze "strzały"?
- Oczywiście. Pamiętasz Mercedesa SL, którym jeździłem niedawno. Kupiłem go za 37 tys. zł, finalnie sprzedałem za 65 tys. zł. Kwota robi wrażenie, ale też musiałem go naprawić, zarejestrować, ubezpieczyć. Realnie zarobek to koło 15 tys. zł.
CLS-a kupiłem kiedyś w Niemczech za 5 tys. euro, a w Polsce sprzedałem za ponad 40 tys. zł. Zdarzają się i takie auta, ale pieniądze nie leżą na ulicy. Musisz wiedzieć, gdzie je kupić, co im może być, gdzie to w Polsce tanio naprawisz itd.
No właśnie. naprawisz. Czy z tym słowem kojarzą ci się dzisiaj jakieś konkretne modele?
- Cała masa. Dajmy na to Audi. Dzisiaj na wsi może nie być przydrożnego krzyża albo kapliczki, ale znajdziesz w tam przynajmniej 2-3 Audi A4 B8. Coraz mniej diesli, coraz więcej benzynowych TFSI. I wszystkie one jadą do Polski z chorobami dziecięcymi. Doskonale wiesz, o czym mówię - nagar, zawory, uszkodzone głowice, pierścienie. Każda jedna to niemiecki "motorschaden".
Ale finalnie Polacy i tak zyskują. W małych firmach potrafią radzić sobie z remontami głowic w bardzo przyzwoitych pieniądzach, a finalnie klient dostaje samochód, który może i jest po remoncie silnika, ale przynajmniej nie przyjechał z dachem na tylnych siedzeniach.
A są jakieś sprawdzone "patenty" na podniesienie marży?
- Cała masa. Ale to raczej nauka niż chęć jakiegoś oszustwa. Ok, stąd wzięło się np. zjawisko "VIN Polizei", że cwaniaki szturmowały okoliczny szrot, zakładali do starego Audi pakiet s-line, skóry z rozbitka i sprzedawali jako pełny "wypas". Ale te czasy to jakaś prehistoria.
Poważnie - handel samochodami to wieczna nauka. Dajmy na to kolor. Całkiem niedawno sprzedawałem Audi A3 "brodacza". I czego się dowiedziałem? Z 10 klientów jacy oglądali samochód 7 to były kobiety. To prawdziwy lep na młode panie, ale jest warunek. Musi być białe! Moja była szara, i od 7 kobiet usłyszałem to samo. No ładne, "ale szkoda że nie białe". Finalnie kupił je mężczyzna.
I widzisz - dla mnie takie białe A3 to najtańsza flotówka "premium" dla przebojowej kierowniczki pizzerni w Dusseldorfie, a w Polsce - marzenie 20-letniej instagramerki. Biały kolor, czarna felga i swój zarobek możesz liczyć x2. Możesz sam sprawdzić (śmiech). Zerknij sobie w ogłoszenia.
No dobrze. Ale cała idea handlu polega na tym, żeby kupić tanio a sprzedać drogo. Jak to zrobić? Żeby wyjść na swoje musisz kupić auto uszkodzone.
- Oczywiście. Dzisiaj szukamy samochodów z usterkami elektryki i z usterkami nadwozia, ale od razu zaznaczam, nikt o zdrowych zmysłach nie kupuje - zaznaczam o zdrowych zmysłach, bo nie mówię, że to się nie dzieje w ogóle - aut po dachowaniach, spalonych, obciętych do połowy itd.
Nie mówię też, że to się nie dzieje. Ale tym zajmują się raczej zakłady blacharskie, które mają sprzęt i możliwości poskładania takiego samochodu. Drobni handlarze nie bawią się w takie rzeczy, bo to się po prostu nie opłaca.
A czy dalej obowiązuje zasada - im młodsze auto tym większe ryzyko kupienia samochodu po konkretnym wypadku?
- Kiedyś tak było, a dziś bywa różnie, bo koszty wzrastają. Rzeczywiście najczęściej rozbitki to auta klasy premium i młodsze rocznikowo. W starszych autach nie wyjdziesz na tym procentowo. Ale problem się już dzisiaj zaczyna robić w cenach części. Kupisz sobie np. takiego Passata B7 bez przodu. Uznajmy, że silnik odpala i jest cały. Musimy do niego kupić dwie chłodnice (woda, klimatyzacja), intercooler, wzmocnienia. I przychodzi ci reflektor. Nikt nie kupi auta na zwykłej "świeczce", zazwyczaj klient chce mieć full led.
Po tym też jest łatwo poznać rozbity samochód. Np. Audi sprowadzone z Ameryki. Już po ogłoszeniu widzę, że powinna być "na ledzie", na automatycznych światłach, bo na przełączniku do świateł ma automatyczne długie i widać, że powinno mieć "matrixy" (oświetlenie matrycowe LED - przyp. red). A samochód finalnie stoi na żółtej lampie z halogenem. Jak stoi taka Audiczka na "świeczkach" to od razu wiadomo, że była po przodzie. Często np. cała stoi w s-line (pakiet wyposażeniowy - przyp. red.). Piszą handlarze - podwójny, potrójny s-line. Patrzysz na nią a ona ma zwykły grill, a powinien być np. plaster miodu.
Dlaczego? Lampa ledowa kosztuje po 5 tys. zł sztuka, a w wielu modelach wchodzi jeszcze ochrona komponentów, czyli kodowanie. No i policzmy to sobie. Dwie lampy, zderzak, maska, grill. I nagle do dołożenia w części zewnętrzne masz jakieś 20 tys. zł. A gdzie trzeba to jeszcze polakierować. Bo przecież taki zderzak to nie jest kawałek plastiku. Mam na myśli kompletny - z halogenami, spryskiwaczami, chromami itd. Zazwyczaj potrzebny jest właśnie zderzak kompletny. I nie daj Boże żeby miał radar. Bo to potrafią być kolejne dziesiątki tysięcy złotych. Znam auta, do których sam radar kosztuje prawie 30 tys. zł
- Zakładam, że większość z naszych czytelników chciałaby usłyszeć historie o lepieniu progów pianką budowlaną, kilogramach szpachli na dachach, składaniu jednego auta z czterech i tego rodzaju patologiach. Co masz im do powiedzenia?
- Ja jestem handlarzem a nie kustoszem w Muzeum Historii Polski. Dziś naprawdę nikt poważny nie bawi się już w takie rzeczy. Oczywiście nie mówię, że to się nie dzieje, bo zawsze znajdzie się jakiś Janusz czy Maciek, który będzie chciał sprzedać swoje auto za jak najlepszą cenę i utopi w baranku zalepione puszkami po piwie progi. Ale podkreślam słowo swoje. Pewnie, że dalej tak jest, ale takich akcji nie robią już handlarze.
Umówmy się. Nikt nie chce się narobić. Zresztą popatrz, jak wiele aut, które jeszcze niedawno były całkiem popularne, błyskawicznie zniknęło z rynku. Dajmy na to taka Mazda 5. Znajdź mi blacharza, co będzie chciał się babrać w tym skorodowanym bałaganie, jak o połowę szybciej i taniej można wymienić cały rozwalony przód w Golfie 6. Sam doskonale wiesz, że pod takim spróchniałym progiem jest 30 kg piachu i nie ma do czego spawać. I ja mam tracić swój czas na dorabianie tych poszyć i podciągów żeby zarobić 2 tys. zł?
- Ale jednak masz swój migomat, swoją "komorę lakierniczą", spotter, masę sprzętu. Czyli w blacharkę też się bawisz...
- Jasne, bo liczę pieniądze. Przecież jak kupisz auto przeorane bokiem, to nie wystarczy tylko kupić drzwi i błotnika w kolor. Zresztą często te "w kolor" są w gorszym stanie niż te twoje. A trzeba jeszcze "wyciągnąć" próg czy wymienić poszycie tylnego błotnika. Ale uwierz mi - zrobię to lepiej i szybciej niż zajmie mi naprawa zeżartego rdzą progu w jakiejś Maździe czy innym Subaru. Na takie wynalazki nawet nie chce patrzeć. Ja wiem, że każda potwora znajdzie swojego amatora, ale jakby zwykły człowiek wiedział jak to wygląda po 15 latach od spodu…
- Czyli zarabiasz nie tylko na marży, ale - a może przede wszystkim - na własnej pracy "fizycznej". Bo pomiędzy tanio kupić a drogo sprzedać zawsze jest jeszcze etap o nazwie "naprawić".
- Powiem tak. Nie polecam handlu autami osobom, które nie mają doświadczenia w kręceniu śrubek. To tylko wydaje się prosty zawód. No i auta się zmieniły technologicznie. Kiedyś byłoby naciągnięte o śmietnik za blokiem pasem, a dzisiaj już tak nie zrobisz. Dzisiaj samochody są aluminiowe, klejone, całkowicie inna technologia.
I znowu wracamy - to robi fachowiec, a nie pan Józek, który kiedyś naciągnął pod blokiem o drzewo, zarzucił szpachli, pomalował jak potrafił i jakość to poszło. Mechanicy ciągle się szkolą, lakiernicy muszą ciągle się szkolić. Koszty rosną, ale też oferujemy coraz lepszy produkt. I w Polsce możemy się cieszyć, że naprawiamy samochody do dwóch, trzech razy taniej niż Niemcy.
A wracając do tych progów z pianki i takich akcji. Kiedyś samochody były bardziej skomplikowane blacharsko, a dziś - patrząc na kwestie ich budowy - od strony blacharskiej są złożone prościej. Sam wiesz, że dziś np. fronty w samochodach to element wymienny. Koszty rosną, bo są koszmarnie drogie części, ale też - zakładasz do takiego lekko rozbitego auta cały nowy przód. Lakierujesz to i nie ma śladów, że auto było rozbite. I tak, możesz mi powiedzieć, że jak nie ma śladów to łatwiej wcisnąć klientowi auto po wypadku. Tylko to nie jest już podklepana i poszpachlowana puszka, tylko wóz naprawiony zgodnie z technologią.
- Masz rację - koniec końców to jest lepsze dla klienta. Takie auto jest bez porównania bezpieczniejsze niż naciągnięty o drzewo stary Golf. Na przestrzeni ostatnich 20 lat konstrukcja aut zmieniła się w gigantycznym stopniu
Tak. Uważam że jest lepiej dla wszystkich. Jedynie - jak mówiłeś - świeższe auto jest droższe w remoncie. Ale rzeczywiście, można kupić auto, które było rozbite, ale jest naprawdę zrobione jakościowo. Założyłeś mu nowy front, kupiłeś drugie części całe - poskładałeś, polakierowałeś, jest po naprawie.
I jasne, zawsze znajdą się tacy, co to będą płakać, że handlarz chce im zrobić krzywdę, bo zamonontował "używane" poduszki powietrzne (z demontażu - przyp. red.) i nie można mieć gwarancji, że to zadziała.
Człowieku, ja nie mam gwarancji że nie zginę przechodząc przez ulicę, ale rozglądam się i minimalizuje ryzyko. I tutaj jest tak samo. Staramy się to zrobić jak najlepiej. Trzeba przecież wymienić i zaprogramować odpowiednie moduły, poskładać auto zgodnie z technologią. Sam wiesz, że w porównaniu z tym, co działo się na tym rynku 20 lat temu, dziś - przynajmniej pod względem bezpieczeństwa tych pojazdów - nie ma czego porównywać.
- Ładnie to ująłeś. "przynajmniej pod względem bezpieczeństwa".
- A co ja Ci będę tłumaczył? Doskonale wiesz, jak skomplikowane są dzisiejsze samochody, i że np. taki diesel w jakimś Audi czy BMW to maszynka do mielenia pieniędzy. I jasne, ryzyko kupienia miny wzrosło z punktu widzenia finansowego, bo w takich autach jedna pierdoła może generować gigantyczne koszty. Głupia wymiana podkładek pod wtryskami potrafi skończyć się na 20 tys. zł. A jedna spalona świeca żarowa za 3 miesiące rozwali ci DPF. I tak, handlarze wiele rzeczy ukrywają, w wiele miejsc wolą rozsądnie nie zaglądać. Wiadomo, oszukasz parę sterowników i przez jakiś czas będzie dobrze. Tak. To się dzieje.
Ale jeśli czytelnicy liczą na szpachlowe rewolucje i opowieści o dorabianiu progów z puszek po piwie czy blaszanych parapetów to mowa o sytuacji sprzed przynajmniej 15 lat.
I powiem więcej. Widzę, co ściągają koledzy, widzimy co jedzie lawetami. Zazwyczaj samochody z mocno uszkodzoną konstrukcją - słupkami, podłogą, podłużnicami trafiają do profesjonalnych warsztatów blacharskich w Polsce i - owszem takie rzeczy się zdarzają. Ale takie tematy, typu bez dachów, spalone czy bez tyłu jadą dziś głównie na wschód.
- Czyli w tej hierarchii społecznej jednak trochę awansowaliśmy w kierunku zachodu?
- Dużo awansowaliśmy. Kupujemy coraz ładniejsze samochody, zresztą widać na ulicach. Przecież ciężko jest dziś spotkać Forda Fiestę z 2003 roku…
- A masz dużą pretensję do dziennikarzy o nagonkę na handlarzy? O to, że nagłaśniamy pewne rzeczy, które - z twojej perspektywy - są zupełnie normalne i robimy z igły widły?
Hmmm. Jasne, że mam. Ale mam pretensje o mylenie słowa handlarz ze słowem oszust. To jest diametralna różnica. Sam byłem oszustem, więc wiem o czym mówię. Dziś jestem handlarzem.








