"Bezwypadkowy" to bzdura

"Szukam młodej dziewicy, z wielkim sercem. Szybkiej, zadbanej i doświadczonej." Brzmi śmiesznie? Ba, nawet głupio.

Dlaczego poruszamy ten temat na łamach naszego serwisu? Bo, wbrew pozorom, dotyczy on właśnie samochodów.

W taki sposób, w dwóch zdaniach, podsumować można wymagania, jakie stawia przed swoim przyszłym pojazdem spora grupa kupujących. Żeby nie było niedomówień, kupujących samochody używane.

Jak wiadomo, przed zakupem auta z drugiej czy trzeciej ręki dobrze jest zebrać jak najwięcej informacji o konkretnym modelu. Wbrew pozorom samochody z tego samego rocznika mogą subtelnie, ale jednak, różnić się od siebie. Zderzak od "usportowionej" wersji, inne listwy boczne czy progi to wskazówki, które mogą świadczyć o wypadkowej przeszłości auta. Laik nie może jednak o tym wiedzieć, dlatego wszystkich kupujących zachęcamy do szperania w Internecie. Solidnie odrobiona praca domowa może nam oszczędzić wiele czasu i pieniędzy.

Reklama

Wolność i równość słowa

Niestety, Internet ma to do siebie, że prawo głosu, mają w nim wszyscy (no może poza Chińczykami, ale i to zapewne wkrótce się zmieni). Wolność słowa oznacza w tym przypadku także równość słowa. Anonimowość sprawia przecież, że nie mamy możliwości sprawdzić, kto jest autorem wpisu na forum i jak przedstawia się stan jego wiedzy na dany temat. A z tym bywa, niestety, różnie. Śledząc ostatnio kilka popularnych for traktujących o samochodach używanych mamy wrażenie, że w Polsce każdy kierowca jest zakochaną w swoim aucie drogową dziewicą, która nigdy nie miała w ruchu miejskim żadnych kontaktów (blacharskich) z przypadkowymi "partnerami", i która dobro własnego pojazdu stawia wyżej od swojego.

Chcą dobrze, ale...

Oczywiście internautom wyrażającym na forach swoje opinie na temat samochodów wystawianych do sprzedaży nie zarzucamy złej woli. Handlarzom i komisom nie można ufać, każda wskazówka dotycząca tego, na co zwracać uwagę jest ważna. Nie popadajmy jednak w przesadę. To, co według nas świadczy o wypadkowej przeszłości czy zaniżonym przebiegu, w rzeczywistości może być oznaką normalnej eksploatacji.

Nietrudno zauważyć, że słowami o największej sile rażenia są "bity" i "szpachla". To prawda, wyraz "bezwypadkowy" jest przecież zdecydowanie najczęściej powtarzającą się bzdurą, jaką wyczytać możemy w ogłoszeniach i nadużywanie go powinno być karalne.

Po wypadku? Wykluczone!

Większość kupujących popada jednak ze skrajności w skrajność, przy czym dzielą się oni na dwie grupy. Pierwsza to taka, która wyraża święte oburzenie, na myśl, że samochód z dwunastoletnią historią może nie być "bezwypadkowy". "Ja swoim polonezem jeździłem przecież 8 lat i w tym czasie nikogo nie uszkodziłem". Oczywiście. Pamiętajmy jednak, że większość pojazdów używanych pochodzi z prywatnego importu i były one użytkowane w krajach, gdzie auto jest po prostu narzędziem pracy a nie symbolem statusu.

We Włoszech czy Francji stłuczki i "obcierki" są tak popularne jak pizza i czerwone wino. Dla przykładu, w Paryżu policja w ogóle nie rozsądza o winie za stłuczkę - kierowcy karani są "po połowie". Na jednym z najbardziej zatłoczonych skrzyżowań Europy - przy Łuku Triumfalnym - nie ma nawet wymalowanych pasów. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i jechać "na żywioł". Sypiące się szkło reflektorów i pękający lakier to norma.

Po stłuczce, więc musi być tańszy

Druga grupa to ta, która zerwała z utopią i pogodziła się już z myślą o zakupie auta po naprawach blacharsko-lakierniczych. "Skoro kupuję samochód po naprawie, powinien on być tańszy, niż wskazują na to ceny rynkowe". Racja - myślenie słuszne i "cywilizowane", jednak zupełnie nieuwzględniające specyfiki naszego rynku. Po raz kolejny trzeba sobie w tym miejscu jasno powiedzieć, że samochody z polskich salonów to ułamek aut dostępnych na rynku wtórnym. Większość pojazdów przyjechała do nas z zachodu, nader często po wypadkach.

Założenie, iż samochód po naprawie powinien być tańszym, niż średnia cena rynkowa to przecież błąd logiczny. Skoro 95% pojazdów na rynku ma za sobą przygody blacharskie to średnia cena dotyczy właśnie nich! Zgadzamy się, oczywiście, że to patologia. Ale lepiej chyba mieć tego świadomość, niż żyć w permanentnym oburzeniu?

Szukajcie a znajdziecie?

Ciekawych rzeczy można się również dowiedzieć z wpisów osób zawiedzionych, które spotkało rozczarowanie po tym, jak wybrali się na własne oczy zobaczyć konkretny samochód. Standardowy wygląda, mniej więcej, tak:

"Auto jak auto, byłem na badaniu w ASO. Szpachla na tylnym błotniku i drzwiach, podwójny lakier na masce. Reszta blach i podłużnice ok. Przebieg raczej oryginalny - 172 tys km. Wyciek z amortyzatora prawy przód, zapocenie turbosprężarki. Wybite łączniki. Na tarczach hamulcowych wyczuwalny rant. Silnik zakurzony, ale nie myty. Za przegląd w ASO zapłaciłem 350 zł. Naprawy wycenili na około 4 tys. zł. Wg mnie auto nie warte zainteresowania, sprzedawca kanciarz."

Trafiliśmy na kilkanaście tego rodzaju opinii, które skutkują przeważnie tym, że właściciel ma coraz większe problemy z odsprzedażą samochodu. Czy jednak tego typu opis powinien odstraszać? Prawdę mówiąc, nas raczej zachęca!

Skoro samochód przeszedł diagnostykę w autoryzowanej stacji obsługi znaczy to, że przynajmniej teoretycznie, wykonano ją starannie. Podłużnice bez śladów napraw świadczą o tym, że auto nie uczestniczyło w żadnym poważnym wypadku. Szpachla na tylnych błotnikach to pewnie pamiątka po niewielkiej stłuczce, podwójny lakier na masce to ślady poprawki, dokonanej zapewne jeszcze w salonie, lub w ramach gwarancji. Wyciek z amortyzatora i wybite łączniki stabilizatorów to standardowe bolączki trapiące auta poruszające się po naszych drogach. Skoro ASO wyceniło naprawy na 4 tysiące, można być pewnym, że zwykły warsztat usunie usterki za 1/3 tej kwoty. Mamy też argument do negocjacji ceny.

W tej sytuacji nazywanie sprzedawcy kanciarzem czy oszustem to nadużycie. Jeśli zgodził się na wizytę w ASO, raczej nie miał nic do ukrycia. Przy nakładach rzędu 1500 zł możemy więc stać się właścicielem auta, którego stan techniczny nie budzi zastrzeżeń. Auta, które "jeździ prosto", ma sprawne poduszki powietrzne i przez najbliższy rok nie powinno wymagać dużych nakładów finansowych.

Zanim skreślisz, policz

Dlatego właśnie, zanim skreślimy z kręgu naszych zainteresowań konkretny egzemplarz, lepiej dokładnie, "na chłodno" przekalkulować wszystkie związane z nim koszty. Nie ma się co oszukiwać - samochodów, które nie wymagają żadnych wydatków po porostu nie ma. Zdanie "nie wymaga wkładu finansowego" to przecież bzdura w najczystszej postaci. Każdy odpowiedzialny nabywca powinien po kupnie zainwestować w tzw. "pakiet startowy" obejmujący wymianę oleju i rozrządu. Z tego ostatniego możemy zrezygnować jedynie wówczas, gdy uda nam się zweryfikować historię pojazdu (tylko Autoryzowany Serwis Obsługi, w bajki z książek serwisowych nie wierzą już nawet dzieci).

Dlatego właśnie "skreślanie" z naszej listy samochodów, które miały w swojej historii przygody blacharskie, w momencie, gdy jesteśmy w świadomi ich stanu technicznego i kosztów doprowadzenia ich do pełnej świetności nie jest zbyt mądre. Nawet jeśli szpachla na którymś z naprawianych elementów pęknie, koszt usunięcia usterki powinien zamknąć się w granicach 500 zł. To niezbyt wygórowana cena, biorąc pod uwagę spokój ducha wynikający z bezproblemowej eksploatacji auta w dobrym stanie technicznym.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: lakier | samochody | auto | Auta | bzdura
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama