Fotoradar, czyli pic na wodę

Z krajobrazu naszych miast i wsi mają zniknąć atrapy fotoradarów. Podobno nie zdały egzaminu.

Powinny skłaniać kierowców do zdjęcia nogi z gazu, tymczasem miejscowi wiedząc, że mijany codziennie słupek ze skrzynką to zwyczajny pic na wodę, nic sobie nie robią z ich obecności i gnają dalej, podczas gdy obcy na widok przypominającego peryskop okrętu podwodnego masztu gwałtownie hamują, co nie tylko wprowadza zamieszanie, ale także grozi wypadkiem. Jeśli usuniemy fotoradarowe wydmuszki - rozumują najwyraźniej autorzy proponowanej nowelizacji prawa drogowego - wszyscy będą pędzić jednakowo szybko, przez co zrobi się bezpieczniej. Logiczne?

Reklama

Autorzy tej maskarady nie zadbali o realia

Powiedzmy od razu, że straszenie kierowców atrapami ma w Polsce dość długą tradycję. W czasach PRL przy drogach ustawiano wycięte z dykty sylwetki radiowozów i milicjantów. Niestety, autorzy tej maskarady nie zadbali o realia: radiowóz lśnił nowością, milicjant się uśmiechał, a cały "patrol", zamiast zgodnie z ówczesnym zwyczajem tkwić w krzakach, był widoczny z daleka. Piraci drogowi błyskawicznie więc zorientowali się w zmyłce, co narażało sztucznego funkcjonariusza MO na wyzwiska, a nawet przejawy agresji.

System fotoradarów i ich atrap był rozwinięciem wspomnianego pomysłu sprzed lat i opierał się na zasadach gry w rosyjską ruletkę. Rozstawiasz w całym kraju tysiąc masztów ze skrzynkami i tysiąc znaków "Uwaga, fotoradar!".

Jeżeli straszą, to wyłącznie estetów

Co prawda masz tylko 50 urządzeń pomiarowych, ale zmieniasz nieustannie ich lokalizację. Kierowca wie, że szansa, iż w charakterystycznej budce, którą napotyka na swej drodze, znajduje się miernik prędkości, wynosi jak 1:20, ale jeśli nie ma natury hazardzisty, wówczas, pamiętając o rotowaniu aparatury, woli zachować ostrożność.

I byłoby świetnie, gdyby służby odpowiedzialne za fotoradary faktycznie, zgodnie z założeniami, często i w zmyślny sposób je przenosiły. Niestety, liczne fotoradarowe budki od początku były i są zawsze puste.

Chłodna kalkulacja

Dzisiaj, zaniedbane, opuszczone, jeżeli kogokolwiek straszą, to wyłącznie estetów - swoim żałosnym wyglądem. Niewykluczone zresztą, że brak mobilności fotoradarów nie wynika z ludzkiego lenistwa, lecz z chłodnej kalkulacji - urządzenia umieszczono i pozostawiono tam, gdzie przynoszą największy urobek. Pokusa czerpania wielkich dochodów z mandatów przeważyła nad szczytnymi celami działań prewencyjnych...

Jeden z posłów, opowiadających się za likwidacją pustych masztów fotoradarowych, nazwał ich obecność "parodią" tymczasem zapobieganie przez odstraszanie może być naprawdę skuteczne, o ile robi się to z głową.

"Uwaga, żmije!"

Pewien rolnik z Bieszczad miał kłopot z natrętami, którzy masowo, czyniąc sobie wygodny skrót, przechodzili przez jego gospodarstwo. Prośby, groźby, zasadzanie się z widłami, zagradzanie przejścia płotem, ustawianie tablic "Teren prywatny, wstęp wzbroniony" i tym podobne konwencjonalne metody nic nie dały. Pomógł dopiero duży napis z przestrogą: "Uwaga, żmije!". Turyści zaczęli to miejsce omijać z daleka. Lokalna ludność wiedziała, że to podpucha i nadal chodziła utartymi ścieżkami. Zmieniłaby z pewnością swoje przyzwyczajenia, gdyby gospodarz zadbał, by na objętym ostrzeżeniem terenie żmije rzeczywiście od czasu do czasu się pojawiały. I to nie w postaci plastikowych atrap, ale jak najbardziej żywej gadziny...

Dowiedz się więcej na temat: pije | żmije | Nie | fotoradar

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje