Dlaczego jeździsz starociem?

Dlaczego w Polsce ponad 80 proc. rynku motoryzacyjnego stanowią samochody używane, a średni wiek auta to aż 14 lat? Odpowiedź jest oczywiście prosta - wciąż nie stać nas na nowe pojazdy.

Okazuje się jednak, że w porównaniu z naszymi zachodnimi sąsiadami wcale nie jesteśmy tak biedni, jak nam się wydaje. Problem niestety w tym, że siła nabywcza waluty, w której zarabiamy, mocno odstaje od średniej europejskiej. Gdyby jednak zastosować przelicznik złoty-euro w stosunku jeden do jednego, to nasze motoryzacyjne życie zmieniłoby się nie do poznania.

Reklama

Płaca

Wbrew pozorom statystycznego Schmidta i Kowalskiego łączy bardzo wiele. Średnia płaca w Polsce to około trzy tysiące złotych brutto. W Niemczech trochę ponad 2700 euro. Tymczasem ceny samochodów w obu krajach są bardzo zbliżone. Czasami nawet bardziej opłaca się zamówić nowego golfa czy passata za naszą zachodnią granicą - można tym samym zaoszczędzić kilka tysięcy złotych.

Co więcej, na samochody, przynajmniej teoretycznie, wydajemy tyle samo co Niemcy - przeważnie jest to od 10 do 12 średnich pensji.

Co kupić?

Zastanówmy się teraz, ile kosztuje średniej klasy samochód, który sprostać powinien wymaganiom przeciętnej rodziny. Pozostając w niemieckich klimatach, w naszych rachunkach posłużyliśmy się najpopularniejszym kompaktem w Europie, czyli volkswagenem golfem.

Pięciodrzwiowy hatchback z silnikiem 1.2 TSI (105 KM), w podstawowej wersji wyposażenia Trendline, kosztuje w polskim salonie nieco ponad 64 tys zł. Dzieląc tę kwotę przez wspomniane wcześniej 3 tys. zł brutto okaże się, że przeciętny Polak pracować musi na golfa ponad 21 miesięcy.

Trzymając się naszego pierwotnego założenia - przelicznika euro do złotówki w stosunku 1:1 - sprawdźmy teraz, co za 64 tys. euro kupić może w niemieckim salonie Herr Schmidt.

Tym razem, rzecz jasna, omijamy salony marki "dla ludu", przecież przywołany przez nas golf w Niemczech kosztuje zaledwie 19 tys. euro. 14 tys. euro mniej niż maksymalna kwota (64 tys. euro) kosztuje np. porsche cayman. Za 55 tys. euro wyjedziemy z salonu nowym porsche cayenne lub BMW X5 z silnikiem o mocy 306 KM.

Jest źle czy nie do końca?

Dlatego właśnie, jeśli jeździsz zakupionym w salonie peugeotem 308, citroenem C4 czy skodą octavią, za którą zapłaciłeś około 55 tys. zł, możesz mieć powody do dumy. Gdybyś urodził się jakieś 400 km dalej na zachód, dojeżdżałbyś do pracy pachnącym nowością BMW X5! Znaczy to, że dobrze sobie radzisz w życiu!

Ale jeśli jeździsz wartym 20 tysięcy kilku- lub kilkunastoletnim samochodem używanym, też nie trać dobrego samopoczucia. Dokonałeś po prostu rozsądnej kalkulacji i wydałeś na auto tyle, ile wydaje przeciętny obywatel kraju po drugiej stronie Odry...

Bo nie każdy Niemiec ma porsche

Polacy nie jeżdżą nowymi samochodami dokładnie z tego samego powodu, z jakiego nie każdy Niemiec trzyma pod domem nowe porsche.

I niestety z tego samego względu, że jeżdżą w większości autami wartymi 20 tysięcy zł, a nie nowymi golfami, liczba ofiar wypadków w naszym kraju jest tak wysoka. I nie zmienią tego bezpieczne "ósemki", setki foto i wideoradarów, ani podatki ekologiczne.

Przypomnijmy, że w 2009 roku w Polsce na drogach zginęło ponad 4,5 tys. osób, podczas gdy w Unii Europejskiej - 39 tys. W przeliczeniu na milion mieszkańców, więcej ofiar jest w krajach UE jedynie w Rumunii i Bułgarii. Tymczasem UE chce zmniejszenia liczby wypadków drogowych do 2020 roku o 50 proc.

Jak to osiągnąć w Polsce? Pomóc mogą nowe drogi ekspresowe i autostrady (dzięki wyeliminowaniu skrzyżowań kolizyjnych zmniejszy się liczba wypadków, a więc i ofiar), ale przede wszystkim Polacy muszą zacząć więcej zarabiać. Dopiero wówczas Unia będzie mogła zacząć wymagać od naszego kraju znacznej redukcji liczby ofiar. Czego sobie i wszystkim życzymy.

PR & MD

Zostań fanem naszego profilu na Facebooku. Tam można wygrać wiele motoryzacyjnych gadżetów oraz już niebawem... samochód na weekend z pełnym bakiem! Wystarczy kliknąć w "lubię to" w poniższej ramce.

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama