Używany, czyli kradziony?

Ponieważ kupowanie samochodu używanego przypomina w Polsce stąpanie po polu minowym, należy dołożyć wszelkich starań, by zminimalizować ryzyko.

Niejednokrotnie pisaliśmy już o tym, na co zwracać uwagę przy ocenie stanu technicznego, lub jak sprawdzić, czy samochód nie ma za sobą partacko wykonanych napraw blacharskich.

Reklama

To jednak nie wszystko. Równie wielkie zagrożenie czai się w dokumentach.

Zweryfikowanie pól numerowych bez użycia specjalistycznego sprzętu jest niemożliwe, a sprawdzenie przez zwykłego śmiertelnika, czy samochód nie został wcześniej skradziony, graniczy z cudem. Tymczasem policja niechętnie udostępnia takie informacje. Z tego właśnie względu wielu nabywców korzysta z usług komisów przy autoryzowanych dealerach. Ze wszystkich sposobów zakupu pojazdu używanego właśnie ten wydaje się najbezpieczniejszy. Co nie znaczy, że jest bezpieczny.

W zeszłym roku, w jednym z krakowskich komisów działających przy autoryzowanym dealerze pojawiło się kilka samochodów z Włoch. Ich właścicielem, przynajmniej jeśli wierzyć dokumentom, była duża, wiarygodna firma z Francji, która od czterech lat zajmuje się obrotem pojazdami. Przed spisaniem umowy komisowej, jak przystało na komis działający przy ASO, zgodnie z normami firmy, sprawdzono pochodzenie pojazdów.

Auta nie figurowały w policyjnej bazie danych, samochody sprawdzono również w specjalnym wewnątrzfirmowym programie, który pozwala zweryfikować historię serwisową każdego z pojazdów. Wszystko było w jak najlepszym porządku, według wszelkich przyjętych standardów samochody były "czyste". Auta miały wszystkie wymagane do zarejestrowania dokumenty: włoski odpowiednik dowodu rejestracyjnego, certyfikat własności oraz potwierdzenie wyrejestrowania.

Ponieważ ich stan techniczny nie pozostawiał nic do życzenia (pojazdy były prawie nowe, ze śladowym przebiegiem), samochody nie czekały zbyt długo na nabywców. Szczęśliwi właściciele udali się do urzędu w celu rejestracji, wszystko było w jak najlepszym porządku. Z rejestracją nie było problemu. Właściciele otrzymali "twarde" dowody rejestracyjne, samochody przemierzały krakowskie ulice. Do czasu.

Po kilku miesiącach sielanki do właścicieli aut zapukała policja. Stróże prawa zostali poinformowani przez Interpol, że pierwszy właściciel pojazdu - firma leasingowa z Włoch - od dłuższego czasu nie otrzymuje za nie wpłat i samochody są poszukiwane. O co chodzi?

Oto włoska firma A wyleasingowała samochody włoskiej firmie B. Następnie w firmie B dokumenty pojazdów uległy cudownej metamorfozie i zaczęło z nich wynikać, że firma B jest ich właścicielem (możliwe, że podrobiono notarialne upoważnienie firmy B do dysponowania samochodem należącym do firmy leasingowej). Przedsiębiorczy Włosi z firmy B sprzedali samochody znanemu w Europie pośrednikowi, który mimo dużego doświadczenia, dał się złapać w sieć (lub też sam maczał w tym palce). Pośrednik, który od czterech lat działa na naszym rynku, postanowił sprzedać świeżo zakupione auta w Polsce. Do tego celu wybrał komis przy autoryzowanym dealerze. Polska firma dokonała sprawdzenia pojazdów. Udostępniono faktury potwierdzające, że właścicielem pojazdów jest teraz firma z Francji. Na wszelki wypadek sprawdzono, czy pojazdy nie widnieją w policyjnej bazie danych. Nie widniały. Jeszcze.

Jak udało nam się dowiedzieć, w proceder zamieszana jest prawdopodobnie włoska mafia. Podobne "pechowe" samochody, krążą po całej Europie. Wniosek jest przerażający. Przy odrobinie szczęścia bez problemu zalegalizować można skradziony za granicą pojazd. Urząd ma wprawdzie prawo do zweryfikowania danych rejestrowanego pojazdu (np. czy dane auto zostało wyrejestrowane z kraju, z którego przyjechało do Polski), ale nie jest do tego ustawowo zobligowany. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że jeśli dokumenty podrobione są fachowo, oszuści mogą spać spokojnie. Z zarejestrowaniem auta nie powinno być większych problemów. Nieświadomy nabywca cieszy się wiec samochodem i dowodem rejestracyjnym, potwierdzającym jego legalność.

Oczywiście każde kłamstwo ma krótkie nogi. Urząd po zarejestrowaniu w Polsce sprowadzonego z zagranicy auta wysyła do organu państwa, z którego przyjechał samochód, informację o zarejestrowaniu pojazdu (wraz z jego cechami identyfikacyjnymi). Jeśli w zagranicznym urzędzie ktoś odkryje, że podany przez polski urząd VIN wciąż figuruje w bazie, sprawa po jakimś czasie wyjdzie na jaw. Problem w tym, że nieuczciwy handlarz ma dużo czasu na pozbycie się pojazdu. Jeśli ten zarejestrowany był na tzw. "słupa" czyli np. bezdomnego, kupujący nie ma szans na odzyskanie pieniędzy. Jeśli jednak, podrobiono upoważnienie do sprzedaży, na jego podstawie udało się zapewne wyrejestrować auto we Włoszech, z urzędniczego punktu widzenia wszystko jest więc w porządku.

Gdy jednak firma leasingowa odnotuje, że leasingodawca nie płaci za pojazd, auto pojawia się na czarnej liście Interpolu. Wtedy u naszych drzwi staje policja. Zgodnie z prawem samochód wraca do prawowitego właściciela (w tym przypadku włoskiej firmy leasingowej), my zostajemy bez auta i pieniędzy. W najgorszym wypadku możemy też usłyszeć zarzuty o paserstwo, jeśli prokuratura dojdzie do wniosku, że istnieją przesłanki, iż mogliśmy wiedzieć o tym procederze. Co nam pozostaje? Możemy dochodzić swoich praw na drodze sądowej.

Niestety nie jest to łatwe. W tym przypadku pokrzywdzeni pozwą zapewne właściciela komisu, on, ponieważ sam został oszukany, pozywa francuskiego pośrednika. Ten ostatni dochodzi swoich praw w stosunku do włoskiej firmy, która najprawdopodobniej dopuściła się oszustwa. W efekcie sprawa ciągnie się latami, wszyscy tracą pieniądze, czas lub dobre imię.

Jak się przed tym uchronić? Pozostaje jedynie skupić się na autach, które od początku zarejestrowane były w Polsce. Problem w tym, że przy obecnym nasyceniu rynku pojazdami z zagranicy, to jak szukanie igły w stogu siana.

Dowiedz się więcej na temat: używana | policja | auto | kupowanie samochodu | firmy | Auta | firma | samochody

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje