Na Kubie skończyło się paliwo. Ludzie przesiadają się na rowery i furmanki
Kryzys paliwowy na Kubie coraz mocniej odbija się na codziennym życiu mieszkańców. Braki benzyny i oleju napędowego sprawiły, że z ulic wielu miast zaczęły znikać samochody. W ich miejsce pojawiają się środki transportu, które jeszcze niedawno kojarzyły się raczej z turystycznymi przejażdżkami - dorożki i wozy ciągnięte przez konie.

W ostatnich tygodniach kubańskie miasta zostały dotknięte bezprecedensowym kryzysem paliwowym. Stacje zostały zamknięte, a samochody stały się bezużyteczne, bo kierowcy nie mają ich czym tankować.
Media na wyspie wskazują, że coraz częściej transport samochodowy zastępowany jest przez rowery, riksze, dorożki oraz wozy zaprzęgnięte w konie. W wielu miejscach to właśnie one zaczynają pełnić rolę podstawowego środka transportu dla mieszkańców.
Jeszcze niedawno takie pojazdy były przede wszystkim atrakcją dla turystów. Dziś stają się elementem codzienności w największych miastach Kuby.
Właściciele dorożek przyznają, że popyt na ich usługi rośnie z tygodnia na tydzień.
Drastyczne braki paliwa na Kubie
Skala problemu najlepiej widoczna jest w statystykach sprzedaży paliw. Jeszcze w 2023 roku mieszkańcy Kuby kupowali średnio ponad 900 tys. litrów benzyny dziennie.
Dziś liczby te wyglądają zupełnie inaczej. Według dostępnych danych w marcu sprzedaż spadła do około 7,5 tys. litrów dziennie. To rekordowo niski poziom.
W wielu miejscach stacje paliw są po prostu puste. Kierowcy nie tylko stoją w długich kolejkach, ale często odjeżdżają bez tankowania, bo paliwo kończy się jeszcze zanim dotrą do dystrybutora.

Na Kubie brakuje też prądu
Problemy z paliwem idą w parze z poważnym kryzysem energetycznym. W wielu miastach przerwy w dostawach prądu trwają nawet kilkadziesiąt godzin.
Według relacji mieszkańców w niektórych regionach energia pojawia się tylko na krótką chwilę, po czym ponownie zostaje odłączona. Taki schemat potrafi powtarzać się przez kilka dni z rzędu.
Właśnie dlatego od kilku dni w największych miastach wyspy organizowane są nocne protesty. Mieszkańcy wychodzą na ulice po zmroku, skandują antyrządowe hasła i uderzają w garnki oraz pokrywki. Ten charakterystyczny sposób protestowania jest w wielu krajach Ameryki Łacińskiej symbolem sprzeciwu wobec władz.

Dla wielu Kubańczyków brak prądu oznacza nie tylko ciemność w domach. Długie przerwy w dostawach energii powodują również problemy z dostępem do wody, bo przestają działać pompy w systemach wodociągowych. Nie działają lodówki, klimatyzacja i sygnalizacja świetlna.
Dlaczego na Kubie brakuje paliwa?
Przyczyną kryzysu jest nagłe ograniczenie dostaw ropy naftowej. Przez lata najważniejszym partnerem energetycznym Kuby była Wenezuela. Sytuacja zmieniła się na początku stycznia. Po ataku przeprowadzonym przez USA i uprowadzeniu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro transporty ropy na Kubę zostały wstrzymane.
W rezultacie wyspa straciła swojego największego dostawcę surowca. Wenezuelę jako dostawcę ropy próbował zastąpić Meksyk, ale transporty zostały wstrzymane, gdy Donald Trump zagroził cłami państwom sprzedającym ropę Kubie.
Do łask wracają rowery, riksze i wozy konne
Efekty kryzysu są widoczne na ulicach niemal wszystkich większych miast wyspy. Ruch samochodowy jest znacznie mniejszy niż jeszcze kilka miesięcy temu.
Mieszkańcy coraz częściej korzystają z rowerów, dorożek lub po prostu przemieszczają się pieszo. W niektórych dzielnicach widok zaprzęgu konnego stał się czymś zupełnie normalnym.
Dla wielu Kubańczyków jest to symbol powrotu do realiów sprzed kilku dekad. W kraju, który przez lata zmagał się z niedoborami paliwa, podobne obrazy pojawiały się już w przeszłości, jednak obecna skala problemu należy do największych od lat.
Tymczasem władze próbują szukać nowych źródeł ropy i stabilizować sytuację energetyczną. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, by kryzys miał się szybko zakończyć.










