Reklama

Umrzesz, zanim przyjedzie karetka

Zadaniem numeru 112 jest ratowanie życia. Zgłosić pod nim powinien się dyżurny, który ma możliwość błyskawicznego kontaktu z odpowiednimi służbami, czyli pogotowiem, policją czy strażą pożarną.

Tyle teoria. Jak to zwykle w Polsce bywa, nie ma ona wiele wspólnego z rzeczywistością. Dramatyczną, z życia wziętą sytuację opisuje w swoim liście jedna z naszych czytelniczek. Czy ktoś musi zginąć, by numer 112 zaczął działać prawidłowo?

Reklama

"Według unijnych dyrektyw powinniśmy mieć aktywny numer alarmowy tj. 112. W minioną sobotę byłam świadkiem wypadku w Piasecznie pod Warszawą na wysokości ulicy Puławskiej. Jadącemu na skuterze Panu zajechał drogę kierujący pojazdem osobowym marki honda civic kombi (nawet się nie zatrzymał, by udzielić pomocy).

Zatrzymaliśmy samochód, by pomóc poszkodowanemu, który po serii koziołków na jezdni podniósł się o własnych siłach. Odruchem każdego człowieka jest wybranie numeru alarmowego w takiej sytuacji. Jakież było moje zdziwienie, gdy odezwał się do mnie Pan z komendy policji w RADZYNIU!!!

Poinformował mnie, że jest jakieś 120 km ode mnie i nie może mi pomóc, mam dzwonić pod nr 22997. Tak też zrobiłam. Po oczekiwaniu około 5-7 min z informacją w słuchawce "wszyscy operatorzy są zajęci" usłyszałam, że powinnam dzwonić na 997 bez 22!!!

Kolejny raz wybrałam numer tyle, że pod 997 zgłosił mi się ponownie Pan z RADZYNIA!!! Okazało się, że to jednak w Warszawie powinni mi pomóc!!!!

Więc znowu zadzwoniłam na 22997. Tym razem po udzieleniu informacji o problemach z połączeniem przyjęto moje zgłoszenie.

Nie lepsza sytuacja miała miejsce w przypadku próby wezwania pogotowia ratunkowego. Zgłoszenie przyjęto ode mnie pod nr 22999. ALE... karetka jechała jakieś 20 minut!!! Gdyby ten człowiek był poważniej ranny, umarłby mi na chodniku!!!

Pani z załogi karetki miała do mnie pretensje o to, że nie określiłam dokładnie miejsca wypadku i oni błądzili!!! Widziałam, jak jechali w przeciwną stronę na sygnale, machałam ale bez rezultatu. A muszę też powiedzieć, że podałam dokładny numer ulicy dzięki Panu, który zatrzymał się obok autem i podał NUMER, tak: NUMER ulicy.

Kiedy już dojechała do nas załoga patrolu policji (po przybyciu karetki, więc jakieś pół godziny!!) wkrótce po niej pojawił się Pan laweciarz, który chciał odholować skuter!!! Moje zdziwienie było tym większe, że nikt nie powiadamiał firmy holowniczej, a Pan kierowca tego pokaźnego samochodu mówił sobie na ty z Panem policjantem!!!

Moja refleksja po tym całym zdarzeniu: Kierowco numer 112 NIE DZIAŁA i najpewniej umrzesz, nim przyjedzie karetka!!!

Żyjemy w państwie, gdzie szanuje się ludzkie życie, a władza działa przyjaźnie w stosunku do obywatela!

Pozdrowienia dla poszkodowanego Maćka; mam nadzieję, że doszedł już do siebie!!

Z poważaniem, Edyta "

Czy mieliście podobne doświadczenia z numerem 112? A może wręcz przeciwnie, okazał się on bardzo pomocny?

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: umarł | ratowanie życia | karetka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama