Reklama

Polskie drogi

Pędził na złamanie karku. Kamera nagrała, jak zabija innego kierowcę

​Polskie drogi są coraz bardziej bezpieczne. Wydłużająca się lista autostrad i dróg szybkiego ruchu, a z drugiej strony coraz bardziej zakorkowane miasta po których fizycznie nie da się szybko jeździć, powodują, że na drogach spada liczba wypadków.

Do tego dokłada się również ryzyko utraty prawa jazdy za znaczne przekroczenie prędkości, czy powszechne instalowanie w samochodach pokładowych kamerek, dzięki którym nie tylko łatwo zostać "gwiazdą internetu", ale można również trafić przed oblicze sądu.

Reklama

Z drugiej strony od czasu do czasu wciąż dochodzi do tragedii, które bulwersują opinię publiczną. W efekcie na skutek zachowań pojedynczych kierowców, wprowadza się zmiany w prawie, a nawet przebudowuje drogi. Tak było np. po tragicznym potrąceniu na ul. Sokratesa, gdy rząd PiS zapowiadał wprowadzenie bezwzględnego pierwszeństwa dla pieszych przed przejściami (na szczęście dla pieszych później zmądrzał i do tej pory żadnych zmian nie wprowadził, a te które mają być, będą pozorne).

Dalszy spadek liczby wypadków oraz ich ofiar można osiągnąć dwutorowo. Po pierwsze, poprzez odmłodzenie parku samochodowego w Polsce, a tego niestety się nie da zrobić bez zwiększenia poziomu zamożności Polaków (dziś 7 na 10 nowych aut kupują firmy). Po drugie poprzez trwałe eliminowanie z ruchu drogowego osób, które stanowią ewidentne zagrożenie i nie powinny nigdy wsiadać za kierownicę.

Mamy tu na myśli przede wszystkim osoby, które już dawno pozbawione są prawa jazdy, a które wciąż wsiadają - po pijanemu - za kierownicę. Za takie czyny należy zawczasu, prewencyjnie, wsadzać do więzienia. Inaczej, prędzej czy później ktoś taki kogoś na drodze zabije i tak trafi za kratki.

Mamy tu jednak na myśli również osoby, które drogę traktują jak prywatny tor wyścigowy, jeżdżą z prędkościami zupełnie nieadekwatnymi nie tylko do przepisów (bo te zdarza się łamać każdemu), ale i warunków ruchu drogowego.

Przykładem takiego kierowcy jest mężczyzna, który we wtorek (12 stycznia) prowadził BMW serii 4 Gran Coupe drogą wojewódzką nr 631 w podwarszawskich Markach. Zdecydował się on podjąć manewr wyprzedzania kolumny samochodów, rozwijając przy tym prędkość znacznie przekraczającą granice nie tylko przepisów, ale i rozsądku. 

Kierowca nie zostawił sobie miejsca na ratunek - w jadącą znacznie wolniej kolumnę nie miał możliwości wjechać. Tym bardziej nie miał szans na zatrzymanie się w porę, gdyby coś nadjechało z naprzeciwka. Co gorsza, mimo że droga była prosta, kierowca nie upewnił się, że ma miejsce, by wykonać manewr wyprzedzania. Efekt mógł być jeden - tragiczny.

Gdy z przeciwka nadjechał wiekowy Nissan Micra (typoszeregu K11, więc model z lat 90.), nie było już ratunku. Krótkie awaryjne hamowanie nie mogło nic zmienić i doszło do potężnego czołowego zderzenia, które zarejestrowała kamera zamontowana w jednym z wyprzedzanych samochodów.

Skutki wypadku były tragiczne. Nissan dachował, a jadące nim osoby zostały zakleszczone we wraku. Potrzebny był ciężki sprzęt, by je wydobyć. Służby ratunkowe stwierdziły zgon kierowcy, jadąca z nim kobieta w ciężkim stanie została przewieziona do szpitala. Większy i nieporównywalnie nowocześniejszy samochód uratował życie bezmyślnemu sprawcy wypadku, który wyszedł ze zderzenia z najmniejszymi obrażeniami. 

Co grozi kierowcy bmw? Za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym można trafić do więzienia na maksymalnie osiem lat. Kara rośnie do 12 lat, gdy kierowca jest pod wpływem alkoholu lub narkotyków, a także, gdy ucieka z miejsca wypadku.

W przypadkach szczególnie bulwersujących, prokuratorzy czasem próbują klasyfikować spowodowanie wypadku jako zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Tak było w przypadku wspomnianego już wypadku na ul. Sokratesa w Warszawie. Przypomnijmy, że kierowca bmw omijał samochód stojący przed przejściem, a zanim zaczął hamować, jak ustalili śledczy, jechał z prędkością 136 km/h. W efekcie doszło do śmiertelnego potrącenia.

Przepis ten stanowi, że "kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności".

Podstawą do takiego zarzutu musi być stwierdzenie, że sprawca, jadąc z bardzo wysoką prędkością, przewidywał możliwość popełnienia zabójstwa (zderzenia) i godził się na to. Niewątpliwie trudno będzie wykazać przed sądem, że ktoś, kto wsiada za kierownicę i po prostu bezmyślnie pędzi przed siebie, przewiduje i godzi się z możliwością wypadku i zabicia innego człowieka. Częściej się śpieszy lub prostu lubi szybko jeździć i uważa się za świetnego kierowcę...

Proces sprawcy wypadku na Sokratesa, po przeszło roku od zdarzenia, nadal się nie rozpoczął.

Mirosław Domagała

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy