Reklama

Sprzedałem dom, kupiłem samochód

Każdy z nas ma jakieś marzenia. Niektóre spełniają się same, innym trzeba trochę pomóc.

W moim przypadku nie obyło się bez wsparcia. Pomyślicie, że zwariowałem, bo sprzedałem dom, a pieniądze przeznaczyłem na samochód. Oto, jak zostałem właścicielem murciélago LP 640*.

Włochy, Sant'Agata Bolognese, dzisiaj

Wszystko było dobrze, do momentu kiedy w dłoń wciśnięto mi czarną, papierową torebkę z wymalowanym bykiem i napisem "Automobili Lamborghini".

To oryginalny "sick bag", czyli torebka dla cierpiących na chorobę lokomocyjną. Serce zaczęło mi bić coraz mocniej, oddech miałem szybki i płytki, a myśli kotłowały mi się w głowie. Trzeba przyznać, że miałem zwykłego pietra. Stałem tak przed murciélago LP 640. Valentino - kierowca testowy - widząc, co trzymam w dłoni, uśmiechnął się i rzekł: W zeszłym tygodniu ich zabrakło. Pomyślałem: "Matko Boska, co ja tu robię?!".

Reklama

Gdzieś w Europie, kilka tygodni wcześniej

Myślę, że przybędzie mi wielu nowych, choć niekoniecznie prawdziwych przyjaciół. Pewnie tyleż samo będzie patrzeć na mnie spode łba, jeszcze inni będą się śmiać za moimi plecami. Ale co tam. Chcę spełnić swoje marzenie. Zebrałem oszczędności całego życia, zamieniłem dom na kawalerkę, sprzedałem meble i niepotrzebne mi sprzęty. Wszystko po to, by mieć prawdziwe Lamborghini. Własne, wymarzone LP 640. Dlaczego akurat to? Bo jest wyjątkowe! I szokuje urodą. Ze swymi ostrymi liniami wygląda jak wyciosane z jednego kawałka. Jest diaboliczne, ekscentryczne, ekstrawaganckie. I drogie. Trzeba się liczyć z wydatkiem co najmniej 270 000 euro, bo nie ma mowy o promocjach.

Mój doradca finansowy chyba jeszcze nigdy nie miał tak zaskoczonej miny. 270 000 euro za samochód? No? tak. Zaczęło się liczenie. Spadek, który odziedziczyłem po wujku, i sprzedaż akcji zmieniły nieco minę finansisty. Był najwyraźniej rozbawiony sytuacją w końcu to nie jego pieniądze. Jednak i tak nie mógł zrozumieć, dlaczego chcę zapłacić za 9,5 m˛ wystylizowanej blachy aż tyle pieniędzy. Wychodzi ok. 28 tysięcy euro za metr kwadratowy. To będzie chyba najdroższa immobilia w mieście. Jednak nie tylko najdroższa także najpiękniejsza?

LP 640 z ogromną rurą wydechową (jest większa niż w bugatti veyron), dodatkowymi, bocznymi wlotami powietrza i specjalnym wzorem felg wygląda jeszcze bardziej agresywnie. A skąd ta nazwa? LP to skrót od "longitudinale posteriore". Znaczy tyle, co "wzdłużnie z tyłu", a odnosi się do ulokowania silnika. Liczba 640 dotyczy koni mechanicznych umieszczonych za plecami pasażerów.

Wybrałem właśnie tę markę i ten model, bo to jeden z nielicznych samochodów sportowych mających tak zdecydowany charakter. Tu nie ma niedomówień. Adrenalina, szybkość, walka, wyzwanie. Ty i maszyna.

Sylwetkę murciélago wykreował nieznany wówczas nikomu Belg Luc Donckerwolke który z czasem został szefem stylistycznym Seata. Karoseria ma ponad 2 m szerokości. Pod tylnymi nadkolami upchnięto szerokie na 335 mm opony, a drzwi, jak na prawdziwe Lamborghini przystało, unoszone są do góry. Takich bolidów, skonstruowanych wyłącznie dla facetów (dla pań w najlepszym wypadku zarezerwowany jest fotel pasażera), pozostało na rynku niewiele. murciélago LP 640 to właśnie jeden z nich.

Sant'Agata Bolognese, dzisiaj

Podpisując przelew, nie wahałem się ani chwili. Każdy, kto zamówi Lamborghini, może odebrać je w fabryce. W programie przewidziano zwiedzanie muzeum, obiad i - co najważniejsze - możliwość przejażdżki swoim lub fabrycznym samochodem, ale? z kierowcą testowym. Stałem więc i patrzyłem na roześmianą twarz Valentino Balboniego, którego fanom marki przedstawiać nie trzeba. Czekała mnie jazda próbna moim nowym nabytkiem. Wybrałem ciemnoszarą karoserię, choć murciélago daleko do szarej myszki. Kolor nie jest krzykliwy, za to ma w sobie coś militarnego. Zresztą i tak go nikt nie przeoczy.

Będę potrzebował trochę czasu, żeby do niego przywyknąć. Ot, chociażby nauczyć się wsiadać do środka. Po technice wsiadania i wysiadania można od razu poznać, czy koleś za kierownicą tylko pożyczył ten samochód, czy ma go na własność. Najlepiej usiąść na progu tyłem do fotela, wesprzeć się porządnie lewą dłonią również o próg, przekręcić tułów lekko w prawą stronę i - wkładając prawą nogę do środka - wsunąć się na fotel. Lewa noga powędruje nad ogromnym progiem drzwi i już jesteśmy za kierownicą. Prawda, że nie takie trudne?

Atmosfera w kabinie była wyjątkowa. Czułem się niczym w kapsule statku z "Gwiezdnych wojen", a wrażenie potęgował wysoki środkowy tunel i niska - bardzo niska - pozycja za kierownicą.

Wydawało mi się, że auto zajmuje całą powierzchnię drogi. Wszystko obszyte miękką skórą, siedzenia - wygodne kubły, a pasy bezpieczeństwa umieszczone po prawej stronie fotela. Miałem tylko jedno zastrzeżenie. Oś kierownicy nie wypada idealnie pośrodku fotela kierowcy, ale jest przesunięta nieco w lewą stronę. Wymusza to niecałkiem optymalną pozycję za kierownicą. I jeszcze ten ręczny! Nie dość, że z lewej strony, to jeszcze non stop się blokuje. Moje problemy ze spuszczeniem hamulca ręcznego szybko dostrzegł Valentino i zaproponował typowo włoskie rozwiązanie.

Cytuję: "Walnij z całej siły, to się odblokuje". Poskutkowało. Przekręciłem kluczyk i oczom mym ukazało się ponad 30 lampek kontrolnych.

Niczym w kabinie Jumbo! Przekręciłem dalej. Za plecami usłyszałem krótki syk pompy elektrycznej, po czym zbudziło się do życia tuzin cylindrów.

To najwyższy stopień ewolucji tego silnika. Pojemność to - bagatela - 6,5 l (seryjne murciélago ma "ledwie" 6,2 l), moc podniesiono o 60 wściekłych rumaków. Większość komponentów silnika przekonstruowano. Na przykład głowice, wał korbowy i cały układ wydechowy skonstruowano specjalnie z myślą o LP 640.

Wyjechałem pierwszy, Valentino siedział obok. Osiągi tego auta są wręcz brutalne. Prędkość maksymalna to 340 km/h, a przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje jedynie 3,4 s. Dwie setki lambo osiąga raptem po 11,2 s i mknie dalej do przodu niczym rozwścieczony byk. Po 32 s od startu pędzi 300 km/h! Nie trzeba długiej prostej czy pustego odcinka drogi, żeby za kierownicą tego auta wejść do ekskluzywnego klubu 300 km/h. Elektronicznie sterowana skrzynia biegów obsługiwana za pomocą łopatek przy kierownicy pracuje bardzo szybko. Zwłaszcza jeśli zmieniamy biegi na wysokich obrotach. Trochę mniej dobrego powiedzieć można o układzie kierowniczym.

Pompa wspomagania pracuje zbyt słabo, przez co w kierowanie niemal dwutonowym bolidem trzeba włożyć naprawdę sporo siły, a precyzja sterowania odbiega nieco od tej, jaką znam chociażby z samochodów Porsche. Jednak mniejsza o to. Tuż za plecami gra taka muzyka, że zdolny jestem wybaczyć lambo dużo większe niedociągnięcia.

Silnik jest niemal wolny od wibracji. Na początku brzmiał niczym Etna przed wybuchem, by wraz ze wzrostem obrotów przeistoczyć się w prawdziwe inferno.

Jakby za plecami siedział sam Lucyfer i pluł ogniem i siarką. W tym samochodzie nie słucha się radia, nie rozmawia się z pasażerem.

Wjechaliśmy do miasteczka. Lamborghini zachowywało się trochę jak słoń w składzie porcelany. Dopiero w ruchu miejskim dało się odczuć ponadprzeciętne gabaryty murciélago. Nie dość, że jest piekielnie niskie, długie i szerokie, to jeszcze nic nie widać do tyłu, a włączenie się do ruchu z podporządkowanej graniczy z cudem. Bardzo przydatne okazało się sterowane przyciskiem na desce rozdzielczej seryjnie montowane podnoszenie przodu samochodu o 50 mm. Wbrew pozorom nie jest to zbyteczny gadżet. Bez niego lambo nie byłoby w stanie pokonać większości progów zwalniających.

Parkowanie, szczególnie tyłem, to prawdziwa zmora. Pewnie łatwiej poszłoby mi cofanie pod rampę tirem z przyczepą. Nic nie widać! Parkowałem z otwartymi drzwiami, na wyczucie, głównie według wskazówek Valentino.

Silnik pracuje genialnie także w ruchu miejskim. Na niskich obrotach jest cichy, nie prycha i chodzi zaskakująco równomiernie. Trzeba się za to przyzwyczaić do tłumu ludzi z wycelowanymi w kierunku murciélago aparatami fotograficznymi i telefonami komórkowymi. No i do tych pytań - wciąż tych samych. Ile koni? Ile wyciąga? Ile kosztuje? Można tak w nieskończoność. Dużo łatwiej przychodzi oswojenie się z uśmiechniętymi twarzami i kciukami skierowanymi ku górze. W lambo poczujesz się jak gwiazda Hollywood.

W końcu za kierownicą zasiadł sam Valentino Balboni. Na kolanach przezornie trzymałem moją torebkę na treść żołądka. Ruszyliśmy powoli. Kątem oka widziałem włączony program "sport" i wyłączoną kontrolę trakcji.

Asekuracyjnie zaparłem się z całej siły nogami, o co tylko mogłem. Murciélago wyposażone jest w napęd na cztery koła, przy czym 70% mocy trafia na oś tylną, a pozostałe 30 rozdzielane jest między koła przedniej osi. Dzięki temu przy ostrym starcie auto niemal wgryza się w asfalt i mknie jak wściekłe do przodu. Czułem się, jakbym siedział w kabinie myśliwca. Przed nami zaczął się wyłaniać długi, lewy zakręt.

Krótkie, ale zdecydowane hamowanie i w połowie łuku gaz do dechy. Tył karoserii lekko wysunął się na zewnątrz. Niewielka kontra kierownicą i wyszliśmy z łuku na pełnym gazie. Valentino znowu miał uśmiech na twarzy. Na jedynce Lamborghini przyspiesza do ponad 100 km/h, dwójka wystarcza do osiągnięcia 148 km/h, na trzecim biegu przekraczamy granicę 200 km/h. Przy hamowaniu czułem, jak skóra twarzy odkleja mi się od czaszki. Ceramiczne hamulce o średnicy 380 mm działają perfekcyjnie. Po rozgrzaniu są w stanie zatrzymać tego kolosa ze 100 km/h na odcinku 34 m. Z prędkością 165 km/h dojechaliśmy do ostrego, prawego nawrotu. Podczas hamowania musisz zawsze uważać - powiedział Valentino - żeby trzymać samochód w miarę prosto. LP 640 bardzo ostro reaguje na nagłe zmiany obciążenia. Tył staje się bardzo lekki i łatwo wylądować w rowie.

Łatwo powiedzieć, on jeździł lambo, zanim je wymyślili. Ja - nie. W zakrętach murciélago jest neutralne jak Szwajcaria. Nad- czy podsterowność trzeba sprowokować.

Zawieszenie można podzielić na dwie części: hardware - sprężyny i stabilizatory - oraz software - elektronicznie sterowane amortyzatory. Całość spreparowana jest tak, że zawieszenie w trybie standardowym zapewnia zaskakująco dobry komfort jazdy. Odwrotność tego odczuć można po przełączeniu zawieszenia na tryb "sport". Amortyzatory stają się betonowo twarde, a kręgosłup odczuwa nawet najmniejszą nierówność w asfalcie.

Przez kilkanaście kolejnych minut Balboni udowadniał mi, że dokonałem właściwego zakupu. Bez wysiłku pokazał, ile mocy i możliwości drzemie w tym samochodzie. To włosko-niemieckie dzieło sztuki na kołach, zrobione według starej, dobrej szkoły. Nigdy do końca nie jest pewne, kto tu jest królem - kierowca czy maszyna.

100-litrowy zbiornik paliwa przeważnie wystarcza, by wyskoczyć po bułki do ulubionej piekarni. Spalanie waha się między 18 a 35 l na każde przejechane 100 km. Jednak to cena, którą chyba każdy zasiadający za kierownicą tego samochodu chętnie zapłaci. Nie bez powodu sprzedało się od początku produkcji ponad 2000 egzemplarzy.

Wróciliśmy do fabryki. Mogłem schować, o dziwo, pustą torebkę. Zostawiłem ją sobie na pamiątkę. Zresztą, może się jeszcze przydać. Przejażdżka z Valentino utwierdziła mnie w przeświadczeniu o słuszności mojego wyboru. To fenomenalny samochód, który budzi zmysły. To prawdziwe Rambo-Lambo. Dzikie, rasowe i wyrafinowane. "My car is my castle". Jestem po prostu szczęśliwy i już nie mogę się doczekać powrotu do domu. Znowu będę musiał odwiedzić mojego finansistę. Po to, by kupić garaż. W końcu takie auto potrzebuje odpowiedniego dachu nad głową. (Tekst ten otrzymaliśmy od miesięcznika kmh

* Fakty, ludzie i zdarzenia niekoniecznie odpowiadają rzeczywistości.

Silnik benzynowy, V12, 6496 cm3

Moc maks. 640 KM przy 8000 obr./min

Maks. moment obr. 660 Nm przy 6000 obr./min

Wymiary 461/206/113,5 cm

Napęd na cztery koła

Skrzynia biegów 6, mechaniczna automatyzowana

Osiągi 340 km/h, 0-100 km/h - 3,4 s

Spalanie 15/22/33 l/100 km

Cena 270 000 euro

Tekst: Martin Śliwa

Zdjęcia: Daniel Ratowski

W dziale "Testy/Opinie użytkowników" możesz podzielić się wrażeniami z użytkowania swojego samochodu.

Dowiedz się więcej na temat: auto | silnik | Lamborghini | Valentino

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje