Reklama

Pewnie też masz "wraka" lub "złom". No i co z tego?

Kiedy w maju 2004 połączyliśmy się z Europą, okazało się, że Polsce zagraża z Zachodu powódź w postaci używanych pojazdów!

Przedstawiany w artykułach czarny scenariusz polskiej motoryzacji zdominowany setkami tysięcy samochodowego "złomu" lub jak kto woli "wraków", nie w całości odpowiada prawdzie. Artykuły i raporty na ten temat pojawiające się do dziś w mediach mają zazwyczaj tytuł: "Polska złomowiskiem Europy". Mam inne zdanie na ten temat.

Reklama

Powszechnie znana jest teoria, że Polskę zmotoryzował Fiat 126p. Może była to prawda, ale do wiosny 2004. Myślę, że od maja 2004 rozpoczął się prawdziwy boom rynku motoryzacyjnego. To wejście do Europy zmotoryzowało Polskę!

Dziesiątki tysięcy używanych samochodów sprowadzanych do dziś do kraju mało, że wzbogaciło ofertę, ale dało także pracę wielu tysiącom ludzi. Powstało setki warsztatów naprawczych, firmy sprowadzające części zamienne.

Najważniejszym, moim zdaniem, jest niezaprzeczalny fakt, że dziś, mając w kieszeni parę tysięcy złotych, można mieć własne auto. Poczciwy i sprawny Fiat 126p kosztuje dziś 1500 - 2500 zł. Doskonale wytrzymującego polskie warunki eksploatacji Daweoo Lanosa można mieć za 5000 - 10.000 zł. Sam jeżdżę komfortową Lancią Kappa z roku 1999 która kosztowała mnie 10.000 zł. Wystarczy pojeździć trochę bocznymi drogami by przekonać się, że motoryzacja zawitała pod strzechy...

W prasie czytam czasem, że "co najmniej 35% sprowadzanych do Polski samochodów jest po kraksach". I to jest prawda. Tylko co rozumiemy przez słowo kraksa? Bo ja rozumiem stłuczka. Rozbity reflektor, uszkodzona chłodnica, błotnik do wymiany, wgięte drzwi, zderzak, pas przedni, atrapa, wgięta maska silnika. Może ktoś wjechał w tył auta. Takich pojazdów jest zdecydowana większość. Wtedy trzeba wymienić lampy, tylny pas, klapę bagażnika. Oczywiście trzeba sprawdzić dokładnie geometrię podwozia i po problemie.

Nowoczesne specjalistyczne urządzenia gwarantują pełną sprawność pojazdu po naprawie. Tak naprawiają na Zachodzie i u nas. Dlaczego to kupione w Polsce u dealera 10-letnie auto naprawione po wypadku, to dobre auto, a sprowadzone z Niemiec to bee? Nawet po bardzo poważnych uszkodzeniach doprowadza się samochody do pełnej sprawności. Dowodem na to są rajdy, gdzie często po solidnym dachowaniu reanimowany pojazd musi być sprawny na 120 procent!

Polski problem widzę wyłącznie w niesolidnym wykonaniu powypadkowych napraw i nieuczciwości pracowników stacji kontroli badań technicznych dopuszczających do ruchu niezgodne z wymogami norm samochody. Proszę się tylko rozglądnąć. Przecież gołym okiem widać na ulicach jadące bokiem osobowe i ciężarowe "czteroślady". Niesprawne amortyzatory, wibrujące opony od nie wyważonych kół. A dymiące stare autobusy, ciężarówki, auta dostawcze i osobowe?

Czy każdy Fiat, VW, Opel, Mercedes z lat 80-tych jest OK? Z pewnością nie. W jaki sposób przechodzą pomyślnie coroczne badania techniczne jakości spalin, można się tylko domyślać! Powiadają że: "samochody bez katalizatorów to jeżdżące bomby ekologiczne". Ale czy wszystkie były sprowadzane z Zachodu? Czy nasze trują mniej? Czy mają katalizatory?

Sam katalizator to nie magiczne słowo na szkodliwe substancje. Katalizator musi być jeszcze sprawny. Poza tym, po 1990 roku 90% produkowanych w zachodniej Europie pojazdów było wyposażonych w katalizatory. Nie przypuszczam też, żeby w tej chwili było wielu chętnych na 25-letnie niemieckie auta chyba, że będą to miłośnicy pojazdów zabytkowych, a tych dotyczą odrębne przepisy.

Jeszcze jeden cytat z prasy: "Nikt się nie dziwi, gdy w zdezelowanym 12-latku przy dużej prędkości urywa się koło. Fatalny stan techniczny starych samochodów to reguła, a nie wyjątek, dlatego szybko trafiają na złomowiska". Mnie jednak dziwi urwane koło w 12-latku. Mogę za to winić tylko właściciela auta, że nie sprawdził dokręcenia śrub, albo wjechał w głęboką dziurę. Sam kupiłem kiedyś 12-letniego, małego Citroena AX GTI po przebiegu 205.000 km, ale za cenę 5000 zł. Po przeglądzie i naprawie podstawowych podzespołów zdobyłem nim tytuł V-ce Mistrza Polski Dziennikarzy w rajdach.

Miałem także od 1990 sześć samochodów powypadkowych z Niemiec. Trzy Suzuki Swift Gti z lat 90-tych na których także zdobyłem Mistrzostwo Polski. Mitsubishi Colt (1994) po 7 latach używania nie wymagał nawet wymiany końcowego tłumika układu wydechowego. Nissan Micra (2003) ma już 9 lat i jest aktualnie w doskonałym stanie. Zatem twierdzę, że fatalny stan techniczny sprowadzanych z zachodu powypadkowych aut to wyjątek, a nie reguła! Wystarczy argument dobrych dróg, paliw bez oszukańczych domieszek i terminowych przeglądów.

Eksploatowany na Zachodzie 10-letni pojazd po przebiegu 200.000 km będzie w lepszym stanie technicznym od auta, które w Polsce przez sześć lat przejechało 100.000 km. Taka jest moim zdaniem smutna prawda. Prawdą też jest to, że za stan techniczny każdego pojazdu, jego sprawność, odpowiada właściciel. Dlatego chylę czoło przed wszystkimi miłośnikami samochodów zabytkowych. Oni to dają dowód na to, że zadbane i pielęgnowane 50-letnie auto może brać udział w rajdach i cieszyć się "pełnią życia".

To oczywiste, że przepisy celne Unii Europejskiej nie są miłe dla sprzedawców nowych samochodów. Te, są dla Polaków za drogie i wielu potencjalnych nabywców czekało na maj 2004 żeby kupić mniej kosztowny, kilkuletni, komfortowo wyposażony używany samochód po stłuczce. Fakt, że wielu nazywa to "złomem" nie neguje twierdzenia, że złom złomowi nie równy.

Andrzej Dąbrowski

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: tych

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje