Reklama

OS 4: Motonekropola

W zakładzie blacharskim: "Panie Romku, ta kupa złomu coś to ją pan do nas przywiózł w zeszłym tygodniu, to na pewno opel? Już trzeci raz klepię i z której strony bym nie zaczął, wychodzi przystanek autobusowy"!

Kiedy powstawał ten dowcip, chyba nikt nie przewidywał, jak na początku XXI wieku będzie wyglądał rynek używanych samochodów w Polsce. Setki tysięcy (a może już miliony) mniej lub bardziej koślawych pojazdów porusza się po naszych drogach, kolejne setki tysięcy oczekuje w komisach na szczęśliwych nabywców. Najczęściej są to egzemplarze powypadkowe, tanim kosztem doprowadzone do stanu umożliwiającego wyjechanie z warsztatu. Równie liczną grupę stanowią samochody kilkunastoletnie. Wprawdzie coraz rzadziej mamy do czynienia z totalnie zdemolowanymi wrakami, jednak nie zmienia to faktu, że dzieje się źle.

Reklama

Zdaję sobie sprawę z tego, że właśnie narażam się sporej rzeszy posiadaczy czterech kółek sprowadzonych z zagranicy za niewielkie pieniądze. Wielu powie: "To jedyny sposób, żebym w ogóle miał samochód", inni cieszą się z przesiadki z malucha na golfa. Niemniej jednak nie mogę pozostać obojętny wobec problemów, które ściągnął nam na głowę ustawodawca (jeden z drugim), nie robiąc nic, by zahamować to zjawisko. I to chyba najbardziej mnie irytuje. Znów zabrakło wyobraźni, zdolności przewidywania, determinacji w zapobieganiu niekorzystnym skutkom wynikającym z błędnych decyzji lub ich braku.

Jakie to skutki? Jak już wspominałem, znaczna część importu to samochody, które nie powinny zostać dopuszczone do ruchu. Sprzedający liczą na ignorancję klientów, a ponieważ nie brakuje laików, którym nie ma kto doradzić, rośnie czarna flota pocisków, zagrażających bezpieczeństwu wszystkich użytkowników dróg. A nasze drogi szybko obnażają wszelkie niedoskonałości...

Kolejna sprawa to złomowanie. Za kilka lat na osiedlowych parkingach i bocznych uliczkach zaroi się od gnijących wraków. Już teraz straż miejska odnotowuje zwiększoną liczbę interwencji - usuwanie porzuconych pojazdów należy do jej obowiązków. Polska stanie się motonekropolą. Czcić będą ją rządy krajów, którym z nieba spadli nasi handlarze, skutecznie czyszczący tamtejsze komisy.

Już teraz ponad 40% samochodów posiadanych przez Polaków ma więcej niż 10 lat. A sprzedaż nowych modeli wciąż spada. To kolejny problem - zamykane są salony i serwisy, pracę traci ich obsługa.

Niepożądanym następstwem tak dużej liczby wiekowych pojazdów poruszających się po naszych drogach jest degradacja środowiska. Wiele sprowadzonych samochodów nie spełnia norm emisji spalin. To, co u naszych unijnych sąsiadów jest oczkiem w głowie, u nas jest bagatelizowane. Od czasu do czasu podejmowane są próby, zmierzające do opanowania sytuacji, która wymknęła się spod kontroli. Są one jednak nieudolne.

Wprowadzenie opłaty 500 zł złomowego ograniczyło tymczasowo import, jednak co sprytniejsi już nauczyli się jak jej uniknąć - wystarczy, że importer dogada się z zagranicznym sprzedawcą i na umowie umieszczona zostanie data z 2005 roku. To trochę jak ze słynnym becikowym, które miało być przede wszystkim dla najuboższych, jednak początkowo wielu nie chciało z niego korzystać, gdyż straciliby wówczas prawo do wielokrotnie wyższych dopłat do czynszu. Można by tu mnożyć przykłady ustaw naszpikowanych lukami, ale wolę nie myśleć o tym co dzieje się ostatnio w Sejmie, gabinetach ministrów, pałacu prezydenckim - to szkodzi zdrowiu.

A w takiej Rumunii poszli po rozum do głowy. W dużej mierze nasza to, Lachów zasługa. Przykład Polski pokazał, że przed wstąpieniem do Unii Europejskiej warto wprowadzić w życie nowe przepisy. Nie można tam rejestrować aut, które mają od ośmiu lat w górę i nie spełniają normy emisji Euro3, trwa dyskusja na temat kolejnych uregulowań mających ochronić wysoki wzrost sprzedaży nowych samochodów. U nas tymczasem ogranicza się ulgi dla firm z tytułu kupna samochodu...

Jest wszakże pewien pozytyw związany z roztrząsanym tematem. Najnowsze statystyki policyjne wskazują na wyraźny spadek kradzieży aut. Nawet to logiczne - coraz mniej opłaca się kupować kradziony samochód, za podobne pieniądze można znaleźć sprowadzany. Ponadto nie ma już takiego popytu na części zamienne, spadł odsetek pochodzących z importu pojazdów mocno uszkodzonych.

Wiem, że wielu Czytelników nie przekonają moje argumenty przeciwko zmasowanemu atakowi używanych samochodów na nasz kraj. Proponuję by położyć na jednej szali zadowolenie kupujących z posiadania zachodniego wozu (choć leciwy i licho wie jak długo, czy raczej krótko posłuży) oraz niezłe wyniki finansowe handlarzy i wielu warsztatów blacharskich i mechanicznych, natomiast na drugiej zagrożenie jakie stwarzają te pojazdy dla zdrowia i życia ich posiadaczy i innych uczestników ruchu drogowego, skażenie środowiska naturalnego (emisja spalin, recycling), drastyczny spadek sprzedaży nowych samochodów i następstwa z tym związane.

Nie chciałbym, żeby powstało wrażenie, że jestem za całkowitym zakazem sprowadzania używanych samochodów do Polski. Nic bardziej mylnego. Import tak, ale w rozsądnych granicach. Mam na myśli samochody kilkuletnie i sprawne. Zaśmiecanie naszych fatalnych dróg rozpadającymi się wrakami nie służy nikomu. Czekam aż nasi ustawodawcy zrobią coś, żeby zwiększyła się sprzedaż nowych samochodów. Bez wątpienia sposoby są, trzeba tylko pomyśleć, przekalkulować - w ogólnym rozrachunku to się opłaca. Nie mam złudzeń, że mamy szanse na wzrost sprzedaży nowych samochodów jaki obserwowaliśmy jeszcze kilka lat temu, ale trzeba jak najprędzej odwrócić tendencję spadkową. A teraz zaczynam liczyć komentarze obwołujące mnie pierwszym lobbystą sieci dilerskich. Do następnego odcinka specjalnego!

Felietony Tomasza Czopika.

Testy samochodów używanych.

Ceny samochodów używanych.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: samochody

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje