Reklama

Jeździł w F1, stracił nogi, wygrywał wyścigi, zdobył medal olimpijski

​Zawodnicy startujący w sportach motorowych to specyficzny rodzaj ludzi. Kochają ryzyko i adrenalinę, uwielbiają rywalizację.

 Chociaż w ostatnich latach postęp w zakresie bezpieczeństwa był olbrzymi, to jak pokazują przykłady Felipe Massy uderzonego sprężyną, Roberta Kubicy, który po prostu miał olbrzymiego pecha czy Fernando Alonso, który z kolei w ostatnim wyścigu na Spa miał wielkie szczęście, że nie stracił głowy, wszystkiego przewidzieć się nie da.

Reklama

Instynkt samozachowawczy zwykłym ludziom nakazuje unikać tego co groźne. Dlatego osoby, które brały udział w wypadkach zaczynają bać się jazdy samochodem. U kierowców czy to F1 czy rajdowych to działa nieco inaczej. Owszem obawa się pojawia, ale kończy się wraz ze zrozumieniem przyczyny wypadku. Kierowcy boją się więc, jeśli nie rozumieją, co się stało, gdzie popełnili błąd lub co zawiodło. Gdy wypadek ma znane przyczyn, staje się racjonalny i kierowcy wiedzą, jak go uniknąć, górę nad strachem bierze chęć rywalizacji i pokonywania własnych słabości. Dlatego Kubica mimo tego, że jego prawa ręka nie powróciła do pełnej sprawności, co uniemożliwia prowadzenie bolidu F1, wsiada do rajdówek.

Przykładów takiego powrotu do ścigania po otarciu się o śmierć jest zresztą więcej. W 1976 roku Niki Lauda na skutek awarii zawieszenia rozbił się na Nurburgringu. Samochód stanął w ogniu, a Lauda został zakleszczony, nie był w stanie opuścić wraku. Austriak został uwolniony dopiero przez przejeżdżających kierowców, ale obrażenia były poważne, spaleniu uległa prawa strona głowy, łącznie z uchem, włosami, brwiami.

Mimo tego Lauda wrócił do ścigania już po 6 tygodniach (dwóch wyścigach) przerwy i walcząc z bólem, wciąż w bandażach, ukończył GP Włoch na czwartym miejscu, pozostając w walce o mistrzostwo świata! Lauda poddał się dopiero podczas kolejnego, ostatniego w sezonie wyścigu o GP Japonii. Zawody odbywały się w dużym deszczu, a Austriak po dwóch okrążeniach stwierdził, że nie jest w stanie dalej jechać i nie tylko dlatego, że pot i deszcz zalewały mu oczy (brwi były spalone)... Lauda przegrał wtedy mistrzostwo o jeden punkt, co nie przeszkodziło mu to z przerwami jeździć w F1 aż do 1985 roku, a w 1984 roku zdobył nawet tytuł mistrzowski (trzeci w swojej karierze).

Warto również wspomnieć historię Alexa (Alessandra) Zanardiego. Ten włoski kierowca nigdy nie święcił tytułów w Formule 1, ale wykazał i wciąż wykazuje się olbrzymią wolą rywalizacji i hartem ducha.

Po zdobyciu tytułu w Formule 3 w 1990 roku Zanardi z dobrej strony pokazał się w Formule 3000, dzięki czemu już pod koniec 1991 roku zadebiutował w Formule 1 prowadząc bolid Jordana. Sezon 1992 spędził pełniąc funkcję testera i kierowcy rezerwowego Benettona, a na rok 1993 zapewnił sobie miejsce w bolidzie Lotusa. I właśnie prowadząc samochód tego zespołu rozbił się na torze Spa doznając poważnych obrażeń.

Do ścigania wrócił niespełna rok później, ale w F1 nie odniósł sukcesów, wobec czego w 1996 roku przeniósł się do serii Champ, gdzie w latach 1997-1998 zdobył dwa tytuły mistrzowskie.

To zaowocowało zainteresowaniem ze strony Williamsa. Strony podpisały 3-letni kontrakt, który został jednak rozwiązany po sezonie 1999 z powodu braku sukcesów. Zanardi wrócił więc do ChampCar, gdzie najpierw był testerem, a w 2001 roku został kierowcą. Szło mu różnie, aż 15 września nadszedł wyścig na niemieckim torze Lausitz. Zanardi wystartował z końca stawki, ale jechał świetnie i awansował na prowadzenie.

Na 13. okrążeń przed metą Zanardi pojawił się w boksie. Nie zmieniał opon, brał tylko paliwo. Chyba dlatego po opuszczeniu alei serwisowej stracił panowanie nad samochodem. Zużyte gumy nie trzymały już dobrze i po gwałtownym dodaniu gazu bolid zaczął się obracać i w sposób niekontrolowany wjechał na tor wprost pod nadjeżdżające z dużą prędkością samochody. Bolid prowadzony przez Alexa Taglianiego uderzył w bok auta Zanardiego na wysokości przedniego koła, skutkiem czego nos samochodu wraz z nogami kierowcy został oderwany od reszty. Zanardi był o włos od śmierci, na skutek doznanych obrażeń stracił niemal 3/4 krwi. Szybka akcja ratownicza pozwoliła uratować mu życie.

Zanardi się nie poddał. Rozpoczął rehabilitację, sam zaprojektował i zbudował specjalne protezy, które miały umożliwić powrót za kierownicę. W 2003 roku symbolicznie dokończył wyścig, w którym stracił nogi. Na torze Lausitz przejechał brakujące 13 okrążeń, sterując gazem i hamulcem rękoma i nie była to przejażdżka w spacerowym tempie. Bolid osiągnął prędkość 310 km/h, a czas jednego okrążenia pozwoliłby na zakwalifikowanie się do wyścigu i start z piątego pola!

Dzięki temu Zanardi uwierzył, że może wrócić do ścigania. Specjalnie przystosowanym samochodem wystartował w wyścigach samochodów turystycznych na Monzy i zajął siódme miejsce.

W 2004 roku rozpoczął regularne starty w ETCC jeżdżąc BMW. Rok później seria zyskała status mistrzostw świata (WTCC), a niemal równe 4 lata po tragicznym wypadku Zanardi wygrał swój kolejny wyścig, pierwszy w samochodach turystycznych. W kolejnych latach, które spędził w BMW, również odnosił pojedyncze zwycięstwa. Karierę w WTCC zakończył po sezonie 2009.

W 2006 roku zespół BMW Sauber umożliwił Zanardiemu przeprowadzenie testu bolidu F1. Odbył się on na torze w Walencji, samochód został specjalnie przygotowany, gazem sterowało się lewą ręką.

Od 2004 roku Zanardi przygotowuje i sygnuje swoim nazwiskiem gokarty, które z sukcesami ścigają się do dziś w mistrzostwach świata.

W 2007 roku Włoch rozpoczął starty w maratonach dla osób jeżdżących na wózkach (o napędzie ręcznym). Od razu wywalczył czwarte miejsce podczas zawodów w Nowym Jorku. W 2009 roku wygrał wyścigi w Wenecji i Rzymie, a w roku 2011 udało mu się zwyciężyć w Nowym Jorku.

Sukcesy pozwoliły awansować Zanardiemu do reprezentacji Włoch na igrzyska paraolimpijskie w Londynie. 5 września zdobył złoty medal w wyścigu olimpijskim, który rozegrany został na torze Brands Hatch. Torze, na którym w przeszłości odbywały się m.in. zawody Formuły 1 i na którym w 2008 roku Zanardi jeździł w wyścigach WTCC...

Czy to koniec historii Alexa Zanardiego? Ależ skąd. 46-letni Włoch już postawił przed sobą kolejny cel. Chce wziąć udział w przyszłorocznym legendarnym wyścigu Indianapolis 500!

(MD)

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy