Zwłoki za kierownicą

W 2008 roku media obiegła szokująca wiadomość - w jednym z wywiadów Claes Tingvall, ówczesny dyrektor ds. bezpieczeństwa ruchu w szwedzkiej dyrekcji dróg, przyznał, że GM w czasie testów zderzeniowych używało ludzkich zwłok, by sprawdzić bezpieczeństwo produkowanych przez siebie samochodów.

Chodziło o crashtesty przeprowadzane m.in. przez Saaba. Do badania skutków wypadków naukowcy wykorzystywać mieli zwłoki dziesięciu ludzi, którzy wcześniej zgodzili się, by po śmierci wykorzystać ich ciała do celów naukowych.

Reklama

Chociaż Tingvall nie potępiał tego typu działań przyznając, że niektórych badań nie da się przeprowadzić przy udziale manekinów, przedstawiciele Saaba i General Motors wyraźnie odcięli się od tych doniesień. Mimo ewidentnych zalet tego typu postępowania, wielu ludzi wciąż uważa je za niemoralne.

Nie jest tajemnicą, że w przeszłości często wykorzystywano ludzkie zwłoki przy testach zderzeniowych. Dzięki danym uzyskanym w ten sposób udało się podnieść bezpieczeństwo foteli lotniczych, podobnie sprawdzane były również w latach sześćdziesiątych, budzące wówczas mieszane uczucia, pasy bezpieczeństwa.

Okazuje się jednak, że chociaż koncerny motoryzacyjne głośno zaprzeczają przeprowadzaniu tego typu testów, praktyki tej nie zaprzestano wcale w latach siedemdziesiątych. Wciąż przeprowadza się badania z ludzkimi zwłokami, tyle tylko, że nie wykonują ich producenci samochodów, a - na ich zlecenie - instytuty naukowe. Te ostatnie często wspierane są przez konkretnych producentów (niektóre firmy finansują całe instytuty na renomowanych uczelniach), w Stanach Zjednoczonych część funduszy na zakup zwłok pochodzi z budżetu National Highway Traffic Safety Administration - agencji rządowej czuwającej nad bezpieczeństwem drogowym.

Ostatnio, za sprawą Instytutu Badań nad Transportem Uniwersytetu Stanowego w Michigan, o testach z udziałem ludzkich korpusów znów zrobiło się głośno. Naukowcy w ten sposób zbadali bowiem, czy pasy bezpieczeństwa wyposażone w poduszki powietrzne - nowatorskie rozwiązanie opracowane przez inżynierów Forda - spełnią pokładane w nich nadzieje. Wynalazek oferowany w nowym fordzie explorerze musiał być poddany dokładnemu sprawdzeniu, chodziło o to, by przekonać się czy wybuch poduszki nie porani np. dziecka.

Po serii prób wynalazek uzyskał aprobatę naukowców - wyniki testów przesłano do NTHS, m.in. na ich podstawie Ford zdecydował o uruchomieniu produkcji.

Chociaż w XXI wieku wykorzystywanie ludzkich ciał do celów naukowych nie powinno budzić większych emocji, sprawa wciąż wywołuje duże kontrowersje, a producenci nie chcą też oficjalnie przyznać się do przeprowadzania tego typu testów.

Na pocieszenie(?) wypada jednak zaznaczyć, że obecnie tego typu badania to już rzadkość. Dzięki rozwojowi elektroniki i komputerów ludzkie zwłoki najczęściej wypierane są przez manekiny wyposażone w setki elektronicznych czujników. Wciąż istnieją jednak sytuacje, gdy bez ludzkiego ciała nie sposób określić dokładnych sił działających na człowieka, oraz urazów, do jakich mogą one doprowadzić. Dlatego właśnie ludzkie ciała w niektórych sytuacjach okazują się być nieocenione.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że dane dotyczące uszkodzeń ciała pozyskuje się jedynie przez sekcję zwłok. Przed każdym testem zderzeniowym zwłoki ubierane są bowiem w specjalny, nafaszerowany czujnikami kombinezon. Dzięki zebranym przez nie danym można określić, jaka siła wiąże się z występowaniem konkretnych obrażeń. Naukowcy szacują, że dzięki tego typu badaniom, w samych Stanach Zjednoczonych, rocznie udaje się uratować życie 8500 uczestników wypadków drogowych.

Zobacz jak wyglądają crashtesty z udziałem ludzkich zwłok:

Zostań fanem naszego profilu na Facebooku. Tam można wygrać wiele motoryzacyjnych gadżetów oraz już niebawem... samochód na weekend z pełnym bakiem! Wystarczy kliknąć w "lubię to" w poniższej ramce.

Dowiedz się więcej na temat: bezpieczeństwo | naukowcy | zwłoki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje