Reklama

Amerykanin pozwolił znajomym wymienić kilka części

Sportowe Camaro i Corvette powodują wzrost adrenaliny w żyłach prawdziwych miłośników motoryzacji. Nie inaczej było w czasach komunizmu, gdy fani czterech kółek mimo wyrzeczeń i trudów zdobywali osobowe Chevrolety.

Po 1956 roku pojawił się tzw. marynarski import, wiele aut sprowadzali wracający z wieloletnich kontraktów technicy, lekarze oraz dyplomaci. Samochody przywozili do Polski także obywatele USA i Kanady odwiedzający rodziny. W ten sposób od roku 1956 do początku lat 60. do Polski sprowadzono ok. 3 tys. samochodów.

Reklama

Na przełomie lat 50. i 60. rząd kupił partię kilkudziesięciu Chevroletów dla polskich placówek dyplomatycznych oraz kilku ministerstw. Czasami Chevrolety (także te wycofane z ambasad i ministerstw) pojawiały się na giełdach i były rozchwytywane przez wielbicieli amerykańskiej motoryzacji. Te wozy uchodziły za solidnie zbudowane i wygodne.

Najwięksi entuzjaści amerykańskich samochodów potrafili zdobywać auta niemal spod ziemi. Kolekcjoner i użytkownik "krążowników szos" z USA, Andrzej Esse wspominał, że dostał (!) Chevroleta z ambasady Wietnamu.

Pasjonatów nie zniechęcał nawet brak serwisu Chevroleta. Części do aut zdobywali w najróżniejszy sposób. Esse wymienił przypadek wymontowania zespołów z Chevroleta należącego do attaché ambasady amerykańskiej. Zmieniający placówkę Amerykanin nie chciał zabierać samochodu i zanim zostawił go w Motozbycie, pozwolił znajomym wymienić kilka części. Co jest typowe dla tamtych czasów, milicja wezwała na komendę właściciela polskiego samochodu, podejrzewając go o szpiegostwo i przekazywanie tajemnicy wrogowi.

Na zdjęciu Chevrolet Bel Air z 1955 r. sfotografowany w Warszawie w 1957 roku

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Fani czterech kółek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy