Reklama

Polska krajem z najniebezpieczniejszymi drogami

Jeszcze niedawno wyprzedzały nas Rumunia, Bułgaria i Grecja, ale w ubiegłym roku wysunęliśmy się na pierwsze miejsce.

Jesteśmy krajem z najniebezpieczniejszymi drogami w Europie. To właśnie w Polsce, jak wynika z danych Komisji Europejskiej, notuje się największą, relatywnie do liczby ludności, liczbę śmiertelnych ofiar wypadków.

Reklama

Wiadomość przykra, ale czy zaskakująca? Nie potrzeba fachowych analiz, ani sporządzanych za grube pieniądze sążnistych raportów, aby wskazać najważniejsze przyczyny zła.

Zmotoryzowani Polacy przywykli upatrywać głównego winowajcy wypadków w fatalnej jakości naszych dróg. Mają rację, ale z drugiej strony muszą też uczciwie przyznać, że w ostatnich latach sporo się w tej mierze zmieniło na lepsze. Mimo wszelkich trudności, powszechnie krytykowanych zaniedbań i opóźnień, dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej dużo się buduje i remontuje. Poza tym, co pokazują policyjne raporty, do wielu tragicznych wypadków dochodzi na prostych, gładkich, pozornie bezpiecznych odcinkach dróg i przy dobrej pogodzie. Ze statystyk Komendy Głównej Policji wynika, że w ubiegłym roku spośród 4189 zabitych na polskich drogach, 2696 zginęło na prostej drodze. 2716 - w dobrych warunkach atmosferycznych.

Zatem drogi drogami, ale chyba jeszcze większe znaczenie na wskaźniki wypadkowości ma gwałtowny wzrost liczby jeżdżących po tych drogach samochodów i związany z tym, wynikły z praw statystyki, wzrost bezwzględnej liczby nieszczęśliwych zdarzeń. W tym kontekście bardziej wiarygodną ocenę sytuacji dałby wskaźnik obrazujący liczbę wypadków w odniesieniu do, powiedzmy, stu tysięcy zarejestrowanych pojazdów, a nie miliona mieszkańców, jak to ujmuje Komisja Europejska.

Zdecydowana większość kupowanych przez Polaków samochodów to auta używane, kilku lub kilkunastoletnie, sprowadzane z zagranicy, o często powypadkowej przeszłości. Jesteśmy dalecy od powielania stereotypów o "motoryzacyjnym złomie" jednak z drugiej strony ci, którzy jeżdżą takimi pojazdami mają w razie wypadku znacznie mniejsze szanse przeżycia niż zachodnioeuropejscy użytkownicy samochodów o nowocześniejszej, a zatem bezpieczniejszej konstrukcji.

Im więcej samochodów, tym więcej kierowców. Niestety, często niedouczonych, a jednocześnie przeświadczonych o swoich nadzwyczajnych umiejętnościach i pozostających na bakier z przepisami ruchu drogowego.

No właśnie - przepisy. Obywatele krajów w bardziej od naszej cywilizowanych częściach Europy mają wpojony od dziecka nawyk ich przestrzegania. W miastach Austrii, Niemiec, Szwecji czy Danii wprowadza się ograniczenia prędkości do 30 kilometrów na godzinę. I są one powszechnie przestrzegane, nawet przez kierowców superlimuzyn czy sportowych aut z potężnymi silnikami. Nie z obawy przed fotoradarami czy czyhającymi za każdym rogiem policjantami lub strażnikami miejskimi, lecz z wrodzonego szacunku dla prawa. W Polsce przepisy, nie tylko te regulujące ruch na drogach i niezależnie od ich sensowności, są traktowane jako przejaw opresyjności państwa. W dobrym tonie jest je lekceważyć i w dodatku publicznie się tym chwalić.

Kolejną przyczyną fatalnych wskaźników wypadkowości jest niewątpliwie pijaństwo użytkowników dróg. Nie tylko kierowców, ale także rowerzystów i pieszych. Niestety, jak wynika z ankiet, siadanie za kółkiem po alkoholu jest zwyczajem dość powszechnym i cieszącym się społecznym przyzwoleniem. W 2011 r. w wypadkach z udziałem nietrzeźwych uczestników ruchu śmierć poniosło 450 osób.

Wspomnieliśmy o pieszych. Ich udział - i to też należy do polskiej specyfiki - w ogólnej liczbie ofiar wypadków jest bardzo wysoki.

Piesi giną pod kołami, bowiem są nieostrożni, chodzą pijani, mają pecha spotkać nieostrożnego kierowcę, ale także dlatego, że w Polsce, w przeciwieństwie do krajów zachodnioeuropejskich, spotyka się ich na drodze bardzo wielu. Ruch lokalny nie jest oddzielony od tranzytowego, brakuje bezkolizyjnych przejść (kładek, tuneli), chodników, bezpiecznych poboczy. W 2011 r. w wypadkach z udziałem pieszych zginęło 1394 osób, przy czym w wypadkach przez nich spowodowanych - 754.

Tak jak kierowcy twierdzą, że główną przyczyną wypadków są w Polsce fatalne drogi, tak policjanci obwiniają przede wszystkim kierowców, którzy, według nich, jeżdżą zbyt szybko. W komentarzach na temat najnowszych danych dotyczących bezpieczeństwa ruchu krytykuje się m.in. podwyższenie limitów dopuszczalnej prędkości na autostradach i drogach ekspresowych, a jako jedno z lekarstw, które mają poprawić naszą sytuację, wskazuje się wzmożenie kontroli, czytaj: ustawienie większej liczby fotoradarów. Gdyby rzeczywiście to nadmierna prędkość była największym zagrożeniem na drogach, wówczas do wypadków najczęściej dochodziłoby tam, gdzie jeździ się najszybciej. Tymczasem w ubiegłym roku na polskich autostradach, mimo podwyższenia dopuszczalnej prędkości, zginęło tylko 37 osób. To zaledwie niespełna 0,9 proc. całkowitej liczby zabitych.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje