Nasze podróże. Nowym yarisem po Portugalii

Plan mieliśmy taki: lecimy na nieco ponad tydzień do Portugalii, całkowicie urlopowo. Po przylocie, od niedzielnego popołudnia zwiedzamy Lizbonę. W czwartek rano wynajmujemy samochód, zamówiony jeszcze w Polsce poprzez jeden z umożliwiających to serwisów internetowych i ruszamy na kilka dni w głąb kraju. Okazało się, że był to dobry pomysł...

Lizbona, cudownie położona na wzgórzach nad szerokim ujściem Tagu do Atlantyku, ma świetnie rozwiniętą i znakomicie funkcjonującą komunikację publiczną.

Reklama

Nie tylko słynne, zabytkowe żółte tramwaje linii 28 i równie leciwe elevadores, czyli windy i "górskie" kolejki naziemne, ułatwiające szybkie przeniesienie się do wyżej położonych dzielnic, ale także cztery linie nowoczesnego metra, autobusy, kolej aglomeracyjną oraz regularnie kursujące rzeczne promy i tzw. aerobusy, zapewniające podróżnym transport z lotniska do kluczowych punktów miasta (obok czerwonej linii metra, dociągniętej już do Aeroporto da Portela, o czym nie wspominają jeszcze drukowane przewodniki).

W wiele ciekawych miejsc można dotrzeć pieszo, a ponieważ na początku października panuje tutaj iście letnia pogoda, więc nawet późnowieczorny spacer w koszuli z krótkim rękawem stanowi prawdziwą przyjemność.

Powszechnym zwyczajem w Lizbonie (jak zauważyliśmy, tolerowanym przez policjantów) jest przechodzenie przez przejścia dla pieszych przy czerwonym świetle. Nie ma to jednak nic wspólnego ze wschodnim bezhołowiem i nie stwarza szczególnego zagrożenia. I przechodnie, i kierowcy zachowują się ostrożnie.

Zresztą ruch samochodowy, nawet w godzinach szczytu, jest na ulicach stolicy Portugalii (i nie tylko tutaj) zaskakująco umiarkowany. Czy wynika to ze wspomnianej doskonałej komunikacji publicznej, czy, jak twierdzą miejscowi, jest efektem drastycznego wzrostu cen paliwa - trudno powiedzieć. W każdym razie w Lizbonie "dzień bez samochodu", a przynajmniej bez uciążliwych korków i smrodu spalin, jest codziennością.

Czas mija szybko i nadszedł czwartek, kiedy to o 8.30 rano, zgodnie z umową, powinniśmy zgłosić się do wypożyczalni samochodów jednej z renomowanych, międzynarodowych firm. Na ulicę Antonio Augusto Aguiar. Rzut oka na plan miasta...

Aha, to tutaj: Av. A.J. Aguiar, szeroka arteria wychodząca z Praca Marques de Pombal, jednego z centralnych placów miasta. Poprzedniego wieczora postanowiliśmy sprawdzić, gdzie to jest i jak tam dojechać, by nazajutrz nie błąkać się z bagażami. I całe szczęście, bowiem na Av. A.J. Aguiar... nie ma żadnej wypożyczalni samochodów. Jest na odległej o jeden przystanek metra Av. A.A. Aguiar. Ot, taka drobna pułapka na turystów...

Dowód osobisty, prawo jazdy, karta kredytowa, kilka podpisów... Formalności związane z odbiorem auta trwają nie dłużej niż 10 minut i dostajemy do ręki kluczyki. Zamawialiśmy samochód "volkswagen polo lub podobny". Na miejscu okazuje się, że jest to pięciodrzwiowa toyota yaris w swoim najnowszym wcieleniu, z silnikiem benzynowym o mocy 69 KM. Zadbana, czyściutka, pachnąca jeszcze fabryką i bardzo dobrze wyposażona: pełna "elektryka", klimatyzacja, ekran dotykowy, kamera cofania, wielofunkcyjna, pokryta skórą, "sportowo" spłaszczona u dołu kierownica, komputer pokładowy, telefoniczna instalacja głośnomówiąca...

Jest też (za niewielką opłatą dodatkową - trochę ponad 1 euro dziennie) specjalny, montowany na przedniej szybie moduł "Via Verde", umożliwiający wjazd i wyjazd z płatnych odcinków autostrady bez konieczności pobierania biletów i wyciągania pieniędzy. System automatycznie zlicza wszystkie opłaty i dolicza je do ogólnego rachunku za wynajem samochodu.

Trzeba tylko pamiętać, by przejeżdżać bramki autostradowe (z prędkością nie większą niż 60 km/godz.) pasami oznaczonymi literą "V" na zielonym tle (niekiedy są one dodatkowo oznakowane tegoż koloru punktami świetlnymi). Informacja o wysokości kwoty pobranej za konkretny odcinek ukazuje się na wyświetlaczu tuż za bramką.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje