Dlaczego doszło do wypadku Kubicy?

W niedzielę na torze w Montrealu doszło do bardzo groźnego wypadku. Po kolizji z Jarno Trullim bolid Roberta Kubicy wypadł z toru i roztrzaskał się na betonowej bandzie.

Polski kierowca może mówić o dużym szczęściu, bowiem wyszedł z tego zdarzenia niemal bez szwanku. Dlaczego jednak doszło do tego wypadku?

Reklama

Zobaczmy, co ma do powiedzenia na temat osoba, która była bliżej niż kto inny - Jarno Trulli.

- Przede wszystkim chcę powiedzieć, że bardzo się cieszę, że Robert Kubica nie został poważnie ranny. Do zdarzenia doszło na 27. okrążeniu. Miałem problemy z oponami i straciłem przyczepność. Robert był szybszy ode mnie dlatego zostawiłem mu miejsce po lewej stronie, gdyż widziałem go właśnie w tym lusterku. Zjechałem nieco na prawo i wtedy poczułem uderzenie w tył. Dalej już nic nie widziałem. Dopiero po dłuższym czasie zobaczyłem na torze w tym miejscu karetkę i bardzo się zdenerwowałem. To było tym gorsze, że przez długi czas nie miałem informacji o stanie Roberta - powiedział włoski kierowca, który po wyścigu odwiedził Polaka w szpitalu.

- Po wypadku ten wyścig nie miał dla mnie sensu. Na 27. okrążeniu przebiłem tylną oponę, nie wiem czy na skutek kolizji z Robertem czy też uderzyłem w jakieś szczątki. Musiałem zjechać do boksu i jechałem z tyłu stawki. Po kolejnym pitstopie straciłem koncentrację i pojechałem prosto w ścianę na pierwszym zakręcie. To było na 12. okrążeń przed metą. Szczerze, to ucieszyłem się, że to już był koniec. Wynik nie miał znaczenia, najważniejsze, że nikt poważnie nie ucierpiał - dodał Jarno Trulli.

Wszystko o wypadku Roberta Kubicy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje