Siła braci

Gdy bracia trzymają się razem, mogą zajść bardzo wysoko.

Dzięki połączeniu wzajemnej motywacji i zdrowej zazdrości, bracia Artur i Grzegorz z Lublina stworzyli wypasione tuningowe projekty, których nie powstydziłyby się żadne profesjonalne firmy - a wszystko wyłącznie z użyciem własnych rąk, środków i inwencji. Chylimy czoła!

Reklama

Dawno, dawno temu... a może całkiem niedawno? Daleko, daleko stąd... a może całkiem niedaleko? Żyło dwóch braci mocno zarażonych tuningowym wirusem. Ich samochody może różnią się od siebie, a łączy je tylko kraj pochodzenia wytwórcy (bo oba wyprodukowano już w Europie), ale mają ze sobą wiele wspólnego jeśli chodzi o pomysły na tuning.

Nic w tym dziwnego, bo dzięki dzieleniu wspólnej pasji bracia mieli co najmniej dwukrotnie więcej motywacji do kontynuowania przeróbek! Prace nad obydwoma samochodami trwają już od kilku lat i są właściwie na ukończeniu - w carismie pozostało dopracować kilka drobiazgów w bagażniku, a avensis jest projektem skończonym. Przyszedł zatem czas na wspólną, zasłużoną prezentację.

Zacznijmy od kombiaka... Artur toyotą jeździ już 3,5 roku. Zaczęło się całkiem niewinnie, od projektu bodykitu i ładnych, stonowanych w rysunku felg Valbrem o średnicy 17 cali. Po założeniu nadwymiarowych obręczy szybko okazało się, że konieczne jest obniżenie. Artur początkowo zastosował sprężyny marki H&R, ale okazały się bardzo kiepskie - samochód podskakiwał na nierównościach i to mimo utwardzonych amortyzatorów Koni. Nie było innej możliwości niż wymienić je na polecane przez forumowiczów toyoty Eibachy i od tej pory o niekontrolowanych podskokach podczas jazdy nie ma już mowy.

Drugim punktem była rozbudowa fabrycznego audio. Na początek Artur wykonał prostą instalację obejmującą dwa wzmacniacze i subwoofer z zabudową w seryjnej szarości. Ale już wkrótce później zabawa zaczęła się na dobre wraz z nowymi przednimi boczkami, przewidującymi miejsce na trzy głośniki (20-centymetrowy, 10-centymetrowy i tweeter). Niebieski kolor zabudowy Artur podpatrzył na citroenie saxo VTS. Na tym pierwszy etap dobiegł końca, a my prześledźmy co w owym czasie działo się z mitsubishi...

Biała carisma o ksywce "Blondynka" to pojazd Grzegorza, którym jeździ już pięć lat. Podobnie jak brat, Grzegorz zaczął od felg, tyle że bardziej rzucających się w oczy - klasyczny wzór Borbet A w wersji dziewięciocalowej charakteryzuje się efektownym rantem i niskim odsadzeniem. Proces zmian stylistycznych zaczął się jednak dopiero ponad rok później, a Grzegorz w najśmielszych marzeniach nie sądził, że dzięki własnej pracy i pomysłom dorobi się auta nie ustępującego poziomem lansu profesjonalnym democarom.

Pierwsze prace z wykorzystaniem maty szklanej i laminatu Grzegorz wykonał w kabinie w postaci nowych bocznych paneli na głośniki i półki tylnej, przy okazji zmienił też zabudowę bagażnika - ale dziś po tamtej instalacji nie ma już śladu. Wspólną inspiracją był niebieski kolor: gdy Artur zobaczył nowy zakup swojego brata w postaci niebieskich "kubełków" Bimarco, zapragnął mieć wnętrze w takim samym kolorze. Hurtowy zakup beli materiału zwiastował nadejście poważnych zmian we wnętrzu avensisa. Cały bagażnik zyskał niebieskie wykończenie oraz kilka nowych komponentów audio. Ale wielkimi krokami nadchodziła już znacznie poważniejsza modyfikacja: pełne ospoilerowanie!

Artur spędził w swoim garażu półtora miesiąca, pracując "na pełny etat", ale za osiągnięty efekt należą się pokłony: zestaw karoseryjny jest profesjonalnym produktem i obejmuje zderzak przedni, dokładkę zderzaka tylnego, progi, nadkola oraz brewki, a do stylizacji doszło jeszcze wygładzenie tylnej klapy. Podczas prac Artur nie używał gotowych części - wszystko jest jego własną twórczością, od projektu do zamontowania na samochodzie (z wyjątkiem lakierowania).

Brat oczywiście także nie próżnował i zamiast wygodnych, ale seryjnych foteli, zamontował w swoim mitsu dwa lansowne kubełki Bimarco Dakar obite niebieską tkaniną. Dzięki zastosowaniu oryginalnych szyn siedzenia można przesuwać, co jest rzadkością w przypadku siedzisk typowo sportowych. Przy okazji Grzegorz wytapicerował podsufitkę i po raz pierwszy podłączył sprzęt audio. Aby dodać szyku z zewnątrz, oddał także felgi do pochromowania pewnej poznańskiej firmie. Z usługi jest bardzo niezadowolony, jak sam mówi "była to robota beznadziejnej jakości, a efektem niedbalstwa jest powolna autodestrukcja kosztownej chromowej powłoki". Pojawił się także nowy problem - wystające poza obrys samochodu Borbety były nie do końca zgodne z przepisami i dowód rejestracyjny zbyt często przechodził z rąk do rąk.

Nie było wyboru - ten samochód musiał mieć bodykit, zwłaszcza że eleganckie body zagościło już na aucie brata! Ale Artur z modyfikacjami był już trochę do przodu. Silnik o pojemności 1.6 i bez doładowania nie jest marzeniem żadnego tunera, a ciężkie kombi z taką jednostką rozpędzało się podobnie do załadowanego autosana H38. Półroczne poszukiwania odpowiedniego serca zakończyły się w momencie znalezienia silnika 2.0, jednak jego przełożenie wymagało zmiany właściwie wszystkich elementów pod maską (w czym miał swój udział serwis Toyoty) - na miejscu została tylko chłodnica i układ ABS. Przyrost mocy i momentu obrotowego wynagrodził Arturowi trudy związane z przekładaniem silnika, ale głód mocy został rozbudzony. Zapadła decyzja o przekształceniu silnika wolnossącego w turbodoładowany.

Los potoczył się całkiem inaczej - decyzja została cofnięta po wnikliwej lekturze znanego forum streetracing. pl, gdzie Artur znalazł równie wiele przypadków bardzo problematycznej eksploatacji silnika doładowanego metodą "pofabryczną", co negatywnych opinii o wybranej do przeprowadzenia prac firmie. Zebrane na uturbianie fundusze zostały ostatecznie przeznaczone na coś całkiem innego...

Gdy Artur łamał się nad kwestią "turbo czy nie", Grzegorz łamał głowę nad zestawem karoseryjnym. W sumie prace nad nim rozciągnęły się aż na dziesięć miesięcy! Początkowe próby z zastosowaniem gliny modelarskiej nie przyniosły sukcesu, ale następna ewolucja była już znacznie lepsza. Bodykit objął dokładkę zderzaka tylnego, progi i zderzak przedni, a ile pracy kosztowało wykonanie zestawu nie odbiegającego od produktów proponowanych przez renomowane firmy - wie tylko Grzegorz. Doszła jeszcze jedna modyfikacja, bardzo pożądana przez właściciela - reflektory z carismy po liftingu. Ich wpasowanie i przerobienie przodu to już praca blacharza - pana Tomasza Gryty z Lublina. Koniec prac blacharsko-stylizacyjnych nad mitsubishi uwieńczyło polakierowanie całego auta śnieżnobiałym lakierem Hypnotic White.

Tymczasem Artur dostał zupełnej fazy na democar car audio/multimedia. Zamiast na turbo, pieniądze przeznaczył na zakup DVD z wysuwanym ekranem, a starczyło także na mokrą instalację podtlenku azotu NX Sport Compact +50-75 KM. Tym razem nie było już mowy o kompromisach - we wnętrzu auta zostały tylko resztki wiązek elektrycznych, zlikwidowano wszystko tak, by nie było niczego, jak mawiał pewien kandydat na prezydenta.

Inspiracja hondą civic, stanowiącą europejski democar Alpine'a, pchnęła Artura w stronę zbudowania własnego jeżdżącego studia odsłuchowego, i to bez grubych portfeli firm sponsorujących. Nieco kanciaste wnętrze avensisa zostało tak wygładzone, aby przypominać obłe kształty znane np. z alfy romeo, a przeróbkom nie uciekł nawet jeden, najmniejszy element. Nowe słupki, mocowania pod zegary, nawet elektryczne szyby w miejsce korbek - Artur poszedł na całość. Wielce skomplikowane okazało się takie zaprojektowanie konstrukcji audio, by wszystko dało się odpowiednio podłączyć, a zarazem mieściło się w karoserii avensisa i jeszcze było sensownie ulokowane pod względem tzw. sceny dźwiękowej. Tysiąc trzysta godzin pracy, niezliczona ilość żywicy i włókna szklanego - wszystko po to, by stworzyć niepowtarzalną i niesamowitą instalację audio/video. Całą instalację zaprojektowano tak, że wystarczy pół godziny pracy na jej wymontowanie. I bynajmniej nie oznacza to, że cokolwiek jest słabo przymocowane...

Na odpowiedź brata nie trzeba było czekać. W carismie dokonano nietypowego SWAPa - z diesla na benzynę, a dokładnie z 1.9 TD na 1.8 GDI, czyli najmocniejszy silnik, jaki był dostępny w tym modelu mitsubishi. Silnik rozebrany przez Grzegorza został odnowiony, odmalowany i złożony z użyciem nowych części, jednak na skutek nieprzewidzianych trudności natury elektrycznej, przekładka przedłużyła się z 1,5 miesiąca na miesiące trzy.

I tylko kilka tygodni upłynęło Grzegorzowi na radości z jazdy carismą wyposażoną w nowy napęd, zanim auto znów trafiło do garażu w celu przeprowadzenia kolejnych przeróbek. Tym razem plan był naprawdę szeroko zakrojony i objął kolejną, totalną przebudowę wnętrza. Zamiast tylnej kanapy Grzegorz wstawił dwa kubełki Bimarco Dakar, identyczne jak i z przodu. A później poszło już gładko: nowe boczki drzwiowe z miejscem na 5 głośników z przodu i 3 z tyłu, przebudowana deska rozdzielcza, kierownica i stelaż na podtlenek azotu. Wszak Grzegorz nie mógł być gorszy od brata! Carisma niedługo będzie skończona - Grzegorz szykuje jeszcze niespodziankę w bagażniku.

Spoglądając na ogrom pracy wykonanej przy tych samochodach, pozostaje nam uchylić z szacunkiem kapelusza (choć nosimy raczej czapki z daszkiem). Bardzo wiele profesjonalnie przygotowanych projektów nie dostaje nawet do pięt dwóm samochodom dwóch braci. Jak widać, ogólne utożsamianie wspólnego działania wszelkich braci z awanturnictwem to ogromny błąd. Sukces Artura i Grzegorza udowadnia, że jeden plus jeden to często więcej niż dwa!

Dowiedz się więcej na temat: Auta | mitsubishi | zakup | silnik | braci | siła

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje