Tankując dopłacasz do PKP!

Prawdziwi miłośnicy czterech kółek brzydzą się innymi środkami transportu.

Z dumą opowiadają, że od lat nie podróżowali busem, autobusem czy tramwajem, nie wiedzą, ile kosztuje bilet normalny i nie mają pojęcia, dokąd kursuje "ósemka". Za żadne skarby nie wsiądą też do pociągu. A powinni, bo przecież przy każdym tankowaniu swojego samochodu dopłacają do funkcjonowania kolei.

Reklama

Właśnie poinformowano, że Skarb Państwa kupi od PKP SA (czyli sam od siebie, przypomnijmy bowiem, że ostatnia z liter w skrócie PKP oznacza słowo "Państwowe") akcje jej spółki-córki, PKP PLK, dzięki czemu PKP SA pozbędzie się części długów. Pieniądze na ten cel mają pochodzić z opłaty paliwowej, ukrytej w cenie benzyny i oleju napędowego. W ciągu najbliższych pięciu lat na oddłużenie kolei pójdzie z tej puli 2,5 mld zł.

Wprowadzeniu obciążającej kieszenie zmotoryzowanych opłaty paliwowej towarzyszyły solenne obietnice, że pozyskane w ten sposób pieniądze będą przeznaczane wyłącznie na budowę i modernizację dróg, łatanie dziur, poprawę bezpieczeństwa ruchu itp. Już wtedy jednak słyszało się głosy ostrzegające, że wbrew tym zapewnieniom z pewnością szybko pojawią się inne, ważne wydatki, które państwo zechce pokrywać z haraczu ściąganego od kierowców. Nie musieliśmy długo czekać, aby przekonać się, że sceptycy mieli rację.

Można zapytać, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł ustanowienia opłaty torowej, doliczanej do ceny biletów kolejowych? Ano dlatego, że według rządzących, zresztą nie od dziś i nie tylko w Polsce, pociągami jeździ tzw. szary lud, a prywatnymi autami - bogate elity. Solidarność wymaga, by zamożniejsza mniejszość, czyli ci, którzy przemieszczają się samochodami, wspomagali finansowo uboższą większość, czyli pasażerów kolei. Co prawda jeśli zajrzeć do przedziałów pierwszej klasy składów Intercity do Warszawy i do wnętrz piętnastoletnich golfów i równie wysłużonych maluchów można zwątpić w sens zarysowanych wyżej podziałów społecznych, ale przecież nie owe podziały są jedyną przyczyną, dla której państwo próbuje pomóc kolei kosztem zmotoryzowanych obywateli.

Nie zapominajmy, że PKP to wielki zakład pracy, a kolejarze są potężną i dobrze zorganizowaną grupą zawodową. Potrafią bić się o swoje, zagrozić strajkiem, położyć się na torach. Prywatni użytkownicy dróg, właściciele samochodów, nie mają jakiejkolwiek liczącej się reprezentacji. Nie tworzą żadnego wpływowego lobby. Nie zablokują ulic. Nie będą palić opon ani pikietować centralnych urzędów. Nie zbojkotują "cepeenów".

Od czasu do czasu na uliczne protesty zdobywają się jedynie taksówkarze, jednak nie znajdują wsparcia ze strony ogółu zmotoryzowanych, gdyż występują we własnym, wąsko pojętym interesie, przeciwko prawom gospodarki rynkowej i zasadom wolnej konkurencji.

Narzekamy na drogi, podatki, drożyznę, ale dopóki czynimy to na własną rękę, nie próbując skrzyknąć się i zjednoczyć w realną siłę, można nas lekceważyć. Dlatego nie dziw się, kierowco, że wlewając do baku 20 litrów bezołowiowej benzyny, dopłacasz tym samym do nierentownego pociągu, którym nigdy nie jechałeś i nigdy nie pojedziesz. Utrzymywanego tylko dlatego, że dojeżdżają nim do pracy obsługujący tę linię kolejarze.

Dowiedz się więcej na temat: "Czterech" | opłaty | PKP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje