Wideorejestratory kontra kierowcy

Dostałeś mandat, bo policjanci nagrali twoje przekroczenie prędkości korzystając z wideorejestratora? Możliwe, że nie jechałeś tak szybko, jak wynika z filmu.

Policja używa obecnie ok. 400 aut wyposażonych w wideorejestratory służące do mierzenia prędkości i nagrywania przewinień. Takich samochodów będzie przybywać. Mimo że w Polsce pierwsze policyjne auta z kamerami (nieoznakowane volkswageny vento) pojawiły się w 1993 r., wciąż ich używanie budzi wiele kontrowersji.

"Motor" sprawdził, jak w praktyce działają wideorejestratory.

Kamera i dysk

Wideorejestrator, a dokładnie prędkościomierz kontrolny, w odróżnieniu od popularnych "suszarek" czy mierników laserowych, nie wysyła żadnych fal. To zła informacja dla użytkowników antyradarów czy jammerów: wideorejestratora nie da się wykryć przy pomocy tych urządzeń. Policja najczęściej stosuje wideorejestratory od dwóch producentów: Zuradu i Polcamu.

Reklama

Sama budowa wideorejestratora nie jest zbyt skomplikowana. Zestaw składa się z kamery zamontowanej z przodu (druga może być także umieszczona z tyłu, jednak policjant korzysta tylko z jednej w danej chwili), monitora LCD, pilota (urządzenie do zdalnego sterowania systemem) oraz dysku twardego i komputera, który nadzoruje pracę tych urządzeń.

Można powiedzieć, że do tego momentu policyjny sprzęt przypomina domową kamerę wideo. Jest jednak pewna zasadnicza różnica: wideorejestrator nie służy tylko do rejestracji obrazu. Mierzy także średnią prędkość na dystansie, który wybiera policjant. Może to być od 50 m do nawet 2 km (najczęściej pomiar odbywa się na 100 m).

Prędkość radiowozu

Tu dochodzimy do sedna sprawy. Z chwilą rozpoczęcia pomiaru liczony jest czas przejazdu radiowozu i długość odcinka drogi (wyznaczana najczęściej z czujników ABS). Na tej podstawie wyliczana jest średnia prędkość, ale nie namierzanego pojazdu, a... radiowozu.

Błąd pomiaru (dotyczy urządzenia) wynosi do 3 km/h przy mierzeniu prędkości do 100 km/h. Powyżej 100 km/h dopuszczalna rozbieżność to 3 proc. Wszystkie wideorejestratory przechodzą kontrolę w Głównym Urzędzie Miar (GUM) i muszą posiadać ważne świadectwo legalizacji. Bez niego wykonany pomiar prędkości nie jest podstawą do wystawienia mandatu.

GUM podczas badania potwierdza, czy urządzenie poprawnie mierzy przebytą drogę, czas i prawidłowo oblicza średnią prędkość pojazdu, w którym jest zainstalowane. Na tym jednak kończy się kontrola GUM, który nie sprawdza już, jak odbywa się w praktyce pomiar na drodze. A właśnie tutaj mogą powstawać największe błędy dotyczące mierzenia prędkości aut rejestrowanej przez policję.

Poniżej pokazujemy, jak łatwo policja może zawyżyć prędkość namierzanego pojazdu.

Jak przeprowadziliśmy eksperyment

Wykonaliśmy próbę, aby sprawdzić, na ile można zaufać wskazaniom prędkości z wideorejestratora. Wykorzystaliśmy w tym celu seata leona cupra z zainstalowanym wideorejestratorem - takim samym urządzeniem, jakiego na co dzień używa polska drogówka. Nasz "radiowóz" jechał za fordem mondeo, którego zadaniem było utrzymywanie stałej prędkości wynoszącej 100 km/h. W czasie nagrania i mierzenia prędkości ściganego forda, seat wyposażony w kamerę przyspieszył nieznacznie, bo zaledwie o ok. 10 km/h. Jakie były tego efekty?.

1. Początek eksperymentu. Seat wyposażony w wideorejestrator zaczyna nagranie i pomiar. Jedzie 105,6 km/h, natomiast ścigany przez niego ford utrzymuje stałą prędkość wynoszącą 100 km/h.

2. Seat z wideorejesratorem, po przyspieszeniu ze 105,6 km/h do 112,6 km/h, zaczyna zbliżać się do forda, który nadal jedzie ze stałą prędkością wynoszącą 100 km/h.

3. Koniec pomiaru. Seat wyposażony w wideorejestrator osiągnął 115,9 km/h. W czasie przyspieszania "zmierzył" średnią prędkość forda - 110,9 km/h. W rzeczywistości Mondeo jechało 100 km/h.

Dlaczego tak się dzieje?

Wideorejestrator mierzy średnią prędkość radiowozu na podstawie czasu przejazdu danego odcinka drogi. Nie mierzy więc rzeczywistej prędkości ściganego samochodu.

Używanie takiej metody wymaga od kierowcy policyjnego auta utrzymywania przez pewien czas i na pewnym odcinku stałej odległości do namierzanego pojazdu. Zwykle pomiar przeprowadzany jest na dystansie 100 m. Gdy policyjny pojazd zbliża się do nagrywanego auta, prędkość ściganego samochodu zostaje zawyżona. Jeśli z kolei radiowóz zacznie zwalniać w stosunku do namierzanego auta, prędkość będzie zaniżona.

Ponieważ wideorejestrator nie sprawdza, czy podczas pomiaru między radiowozem a ściganym pojazdem zachowany jest stały dystans, "zmierzona" prędkość może nie być prawdziwa.

Na podstawie nagrania i wskazań wideorejestratora mundurowi wystawiają mandat, traktując prędkość widoczną na ekranie jako prędkość namierzanego auta, chociaż dotyczy ona radiowozu!

Kierowcy trudno jest się kłócić z funkcjonariuszami, bo trzeba być niezwykle uważnym, aby podczas pokazywania filmu na małym ekranie wideorejestratora móc stwierdzić, że policyjny samochód zbliżał się, zamiast utrzymywać podczas mierzenia stały dystans. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji nagrywania z większej odległości. Metoda pomiaru prędkości z wykorzystaniem wideorejestratora jest więc co najmniej wątpliwa.

Dyskusyjna dokładność

Sposób pomiaru wymaga, aby pojazd kontrolujący znajdował się w stałej odległości od nagrywanego auta. Z tego powodu policjanci muszą najpierw dogonić kierowcę, a następnie, np. przez 100 m, jechać równo za nim. To nie jest proste zadanie, zwłaszcza w sytuacji, kiedy namierzane auto jest np. 400 m od radiowozu. Określenie stałej odległości przy większych prędkościach lub podczas wykonywania manewrów przez ściganego kierowcę jest dość skomplikowanym zadaniem i nie zawsze możliwym w gęstym ruchu.

Jeśli policjanci będą doganiać ścigane auto, pomiar nie będzie prawidłowy, bo zawyżona zostanie prędkość pojazdu. Trzeba pamiętać, że urządzenie nie jest wyposażone w system mierzący odległość między pojazdem kontrolującym a kontrolowanym. Tylko od umiejętności i uczciwości mundurowego zależy, na ile mierzona prędkość będzie odzwierciedlała rzeczywistą prędkość nagrywanego kierowcy.

Zarówno zdaniem policji, jak i producentów wideorejestratorów pomiary wykonywane takimi urządzeniami są dokładne, o ile dystans podczas pomiaru jest identyczny. Funkcjonariusze przechodzą szkolenia i wiedzą, jak posługiwać się sprzętem.

Dylematy prawne

Dość dyskusyjny sposób pomiaru to nie wszystko. Przepisy nie wskazują jednoznacznie, czy policjanci mogą jechać za piratem drogowym bez włączonego "koguta" i syreny, i tak jak on łamać przepisy, np. przekraczając dozwoloną prędkość czy naruszając zakaz wyprzedzania.

Według policji, "polowanie" na kierowcę jest zgodne z prawem. - Nie czyni bezprawia, kto spełnia swą powinność. Jadąc za kierowcą łamiącym przepisy, nawet bez sygnałów świetlnych i dźwiękowych, działamy zgodnie z naszymi uprawnieniami - mówi mł. insp. Marek Konkolewski z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji.

Część prawników i sędziów jest jednak innego zdania. - W sytuacji, kiedy policyjny pojazd jedzie bez sygnałów uprzywilejowania, nie ma prawa przekraczać linii ciągłej czy "spychać" z drogi innych pojazdów, aby nagrywać przewinienia kierowcy. Pamiętajmy, że nawet pojazd uprzywilejowany na sygnale nie może stwarzać zagrożenia w ruchu - przekonuje prof. Piotr Girdwoyń z Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

Jadą do upadłego

Kolejny punkt zapalny w relacji policja - kierowcy to "kumulacja" wykroczeń. Pomiar prędkości jest wykonywany zazwyczaj na dystansie 100 m, jednak mundurowi za swoją "ofiarą" jadą zwykle dłużej i rejestrują kilka, a nawet kilkanaście wykroczeń, np. nieprawidłowe wyprzedzanie, przekraczanie linii ciągłej. Taki "pościg" powoduje, że kierowca zbiera więcej punktów i dostaje maksymalny możliwy mandat, czyli 1000 zł.

Tymczasem według przepisów rozporządzenia w sprawie kontroli ruchu drogowego, kierowca łamiący prawo powinien zostać od razu zatrzymany. Policjanci mają jednak wytłumaczenie takiej sytuacji - czekają do momentu, kiedy będą mogli bezpiecznie zatrzymać pirata i nie spowoduje to zagrożenia dla innych kierowców przez gwałtowne hamowanie czy też postój w miejscu zabronionym.

W tym przypadku prawnicy także mają sporo wątpliwości i są zdania, że policjant powinien włączyć "koguta" jak najszybciej, aby powstrzymać kierowcę od dalszego łamania prawa i zatrzymać go w bezpiecznym miejscu.

Niestety, nawet jeśli kierowca był nagrywany zbyt długo, nagranie wideo będzie stanowiło niemal doskonały i bardzo trudny do podważenia dowód jego przewinień na drodze i raczej nie uniknie on kary. Ten sam film zostanie także wykorzystany, jeśli kierowca poskarży się na pracę policjantów do ich przełożonego czy prokuratury.

Według sądu policjant nie może łamać przepisów

Wątpliwości w kwestii łamania przepisów przez policjantów używających aut z wideorejestratorem mają nawet sądy. Świadczy o tym choćby przypadek sierżanta drogówki z Bydgoszczy, który został ukarany. Dostał grzywnę - 800 zł.

W 2008 r., na podstawie materiału wideo ze służbowego samochodu, mundurowemu postawiono zarzuty. Dotyczyły one wielokrotnego przekraczania dozwolonej prędkości (prawie o 90 km/h), przecięcia linii ciągłej czy jazdy po chodniku.

Sierżant Tomasz L. tłumaczył przed sądem, że do jego zadań należała dość szybka jazda. Według funkcjonariusza w inny sposób nie dało się zarejestrować wykroczeń kierowców. Jego argumenty nie przekonały sądu. Sprawę przegrał i pomimo odwołania wyrok został utrzymany. Sędzia uznał, że policjant drogówki złamał prawo.

Według policji funkcjonariusz został skazany, ponieważ w chwili łamania przepisów nie mierzył prędkości konkretnego kierowcy. Gdyby to robił, zostałby uniewinniony przez sąd.

Jak walczyć z nieprawidłowym pomiarem

1. Jeśli kierowca ma wątpliwości dotyczące rzetelności pomiaru prędkości swojego auta, nie powinien przyjmować mandatu. W tej sytuacji sprawa zostanie skierowana do sądu.

2. Jeśli podczas rozprawy kierowca stwierdzi, że jego zdaniem prędkość pomiaru została zawyżona, prawdopodobnie zostanie powołany biegły. Na podstawie analizy filmu z wideorejestratora powinien on określić, czy zbliżając się radiowozem do ściganego auta, mundurowi nie doprowadzili do zawyżenia prędkości podczas pomiaru.

3. Mimo pretensji dotyczących zbyt długiego nagrywania kierowca nie uniknie kary. Może jednak zgłosić się do prokuratury czy policji ze skargą. W takiej sytuacji funkcjonariusz może zostać ukarany dyscyplinarnie.

Zobacz również: Czym jeździ wideo-drogówka.

Sebastian Sulowski

tygodnik "Motor"
Dowiedz się więcej na temat: policja
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy