Jazda bezalkoholowa

Wypił, jedzie... No i co z tego? Twardy gość

Prowadzone przez nietrzeźwego 26-letniego mężczyznę BMW wjeżdża na chodnik i uderza w grupę przechodniów. 6 osób zabitych, dwoje dzieci walczy o życie w szpitalu.

Po każdym weekendzie i świętach jesteśmy bombardowani informacjami o setkach zatrzymanych pijanych kierowców, ale na szczęście rzadko mają one aż tak tragiczny wymiar, jak noworoczna wiadomość z Kamienia Pomorskiego. Jak zawsze przy takich okazjach odżywa dyskusja o przyczynach zła i skutecznych metodach walki z plagą pijaństwa na polskich drogach.

Reklama

Według ekspertów, występujących w tych dniach przed kamerami telewizji, główną winę ponosi powszechne społeczne przyzwolenie na siadanie za kółkiem pod wpływem alkoholu. Wypił, jedzie...

No i co z tego? Twardy gość, z mocną głową. Da radę. Poza tym to dobry kierowca. No i ma przecież niedaleko... Niestety, zmiana obyczaju, przejście od mentalności woźnicy, którego konie zawsze zaprowadzą z karczmy do domu, do odpowiedzialnego, nowoczesnego myślenia kierowcy, to proces długotrwały, rozpisany na pokolenia.

Co możemy zrobić już dziś? Wspomniani specjaliści radzą, by stanowczo odmawiać wsiadania do samochodu z nietrzeźwym kierowcą. Hm... Co to niby da? Czy jadąc bez pasażerów będzie ostrożniejszy? Pewnie wręcz przeciwnie. Równie problematyczna jest rada, by odbierać pijanym kluczyki od auta. Pięknie, tylko jak? Siłą? Niektórzy upijają się na smutno, inni na wesoło, nie brakuje też ludzi, którzy po paru głębszych dostają tzw. małpiego rozumu pomieszanego z nieprzejednanym uporem. Każdy, kto miał kiedykolwiek styczność z podobnym osobnikiem, wie, jak trudno odwieść go od idiotycznych, ryzykownych zachowań.

Sądząc po komentarzach internetowych towarzyszących informacjom z Kamienia Pomorskiego przyzwolenie na jazdę na podwójnym gazie wcale nie jest zresztą takie oczywiste. Wręcz przeciwnie. Tacy kierowcy spotykają się z ogólnym potępieniem. Jednocześnie internauci nie wierzą w skuteczność działań edukacyjnych ("Ile to się mówi w telewizji każdego tygodnia o tragediach na drogach (...) I co? Na kim robi to wrażenie? Ile trzeba edukować, aby wiedzieć, że nie wolno łamać przepisów na drodze, że nie wolno jechać po pijaku? Tak ciężko to zrozumieć?" - to jeden z głosów na ten temat). Są za to przekonani, że najlepszym lekarstwem na plagę pijaństwa wśród zmotoryzowanych użytkowników dróg byłoby zdecydowane zaostrzenie kar.

Pogląd ten przewija się w bardzo wielu komentarzach. "Kamil" ogłosił w tej sprawie nawet swego rodzaju referendum, pytając: "Czy jesteś za przywróceniem w Polsce kary śmierci (...) ? Tak/Nie, łapka zielona/łapka czerwona.". Wynik daje do myślenia: około 300 głosów "za", tylko 20 "przeciw".

Cóż, o przywróceniu kary śmierci w demokratycznym państwie europejskim nie ma dziś raczej mowy. Realniejsze, aczkolwiek też trudne, wydaje się wprowadzenie amerykańskiej zasady prostego sumowania kar za poszczególne przestępstwa. Załóżmy, że sąd, uwzględniając wszelkie okoliczności, orzeka wobec pijanego sprawcy śmiertelnego wypadku drogowego karę w wysokości trzech lat więzienia. Za mało? Być może, ale przy dwóch ofiarach łączny wyrok wynosiłby wówczas lat 6, przy trzech 9, a przy sześciu - 18.

Zdaniem znanego karnisty, profesora Mariana Filara, już teraz wysokość kar (maksymalnie 15 lat pozbawienia wolności) za spowodowanie po pijanemu tragicznego wypadku drogowego jest wystarczająca. I słusznie sprawców takich wypadków Temida traktuje łagodniej niż działających z premedytacją zabójców. "(...) Jak byśmy nie potępili osoby, która pod wpływem alkoholu wsiada za kierownicę, to - pomijając wypadki skrajne - nikt tu nie chce nikogo zabić, ani nie godzi się na zabicie" - stwierdził profesor Filar w wypowiedzi przytoczonej przez Polską Agencję Prasową. Skrytykował również pomysł wprowadzenia za jazdę po pijanemu sztywnej sankcji, np. dwóch lat pozbawienia wolności. "Istotą odpowiedzialności karnej jest to, że norma karna musi być elastyczna, musi dawać sędziemu możliwość wyboru sankcji zależnie od konkretnych okoliczności czynu, tak by sankcja była do niego adekwatna" - wyjaśnił.

Z punktu widzenia teorii prawa prof. Filar zapewne ma rację, jednak taka dowolność daje pole do nadużyć i pogłębia przekonanie, że wobec wymiaru sprawiedliwości są równi i równiejsi. Lokalne sitwy skutecznie bronią swoich ludzi, mając znajomości i pieniądze można uniknąć kary. "Jak się okaże, że [sprawca wypadku w Kamieniu Pomorskim] ma wpływowego ojca, to turnus w Tworkach [siedziba jednego ze szpitali psychiatrycznych] i zarzuty pękną, jak bańka mydlana" - prorokuje w komentarzu "KSU".

Takie myślenie zdaje się znajdować potwierdzenie w danych, przytaczanych przez Janusza Popiela, prezesa Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych. Według statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości w 2012 r. sądy I instancji skazały 226 nietrzeźwych sprawców wypadków drogowych, których skutkiem była śmierć lub ciężkie kalectwo. Spośród nich 213 osób skazano na karę pozbawienia wolności, ale tylko cztery z nich otrzymały wyroki powyżej 8 lat więzienia. Wobec 73 pijanych kierowców kara została zawieszona, co oznacza, że ludzie ci, według Janusza Popiela, praktycznie nie ponieśli żadnych konsekwencji swojego czynu.

Dla przeciętnego człowieka spędzenie choćby niewielkiej części życia za kratami jest wizją wręcz przerażającą. Są jednak osobnicy, na których nie robi to żadnego wrażenia. Obojętnie, czy chodzi o 5, 10, 15 czy 25 lat. Po prostu nigdy się nad taką perspektywą nie zastanawiają, bo tego typu abstrakcyjne wyobrażenia nie mieszczą się w możliwościach ich aparatu myślowego. Albo siadając po pijanemu za kierownicę tracą zdolność do jakiejkolwiek samokontroli, działają pod wpływem impulsu.

Wielu komentatorów internetowych proponuje kombinację kar. Oprócz surowego wyroku więzienia także trwałe pozbawienie uprawnień do prowadzenia pojazdów mechanicznych i dotkliwe sankcje materialne.

"Sprawca wypadku do końca życia oddaje 40 % dochodu rocznego tytułem odszkodowania, samochód jako narzędzie przestępstwa (...) jest konfiskowany, a następnie licytowany, kierowca traci dożywotnio prawo jazdy (...) Jak żona, ojciec czy matka będą wiedzieli, co może spotkać kierowcę łamiącego przepisy, to oczy wydrapią potencjalnemu sprawcy i nie dopuszczą do tego, by wariat pozbawił ich środków do życia" - pisze jeden z internautów.

Niestety, wielu piratów drogowych nic sobie nie robi z utraty prawa jazdy. Wychodzą z założenia, że i bez tego dokumentu da się przecież jeździć. Konfiskata pojazdu? Brzmi kusząco, tylko dlaczego, skoro rzekomo stanowi tak skuteczne narzędzie odstraszające, to poza bodajże Białorusią nikt po nie sięga?

Podobnie wygląda rzecz z rentą. Określenie jej wysokości jako procentu dochodów sprawcy wypadku stawiałoby w uprzywilejowanej sytuacji ofiary (lub ich rodziny) tragedii powodowanych przez ludzi zamożnych. Jednocześnie bardzo często okazywałoby się, że o jakichkolwiek odszkodowaniach nie ma mowy, bo sprawca wypadku nie pracuje i nie dysponuje żadnym majątkiem. A co wtedy, gdy, zgodnie z żądaniami opinii publicznej, trafiłby na wiele lat za kratki?

Ani wysokość kary, ani jej nieuchronność, ani żadne inne sankcje nie zagwarantują, że dramat z Kamienia Pomorskiego już nigdy i nigdzie się nie powtórzy. Zawsze bowiem znajdzie się szaleniec lub, nie bójmy się tego słowa, zwyczajny kretyn, który po pijaku siądzie za kierownicę i spowoduje tragedię. To wynika z praw statystyki i z ułomności ludzkiej natury. Przed czym, niestety, nie możemy się w pełni uchronić. Jak to określił w komentarzu "zasmucony": "Nie ma rady na młodych debili za kierownicą". Dodajmy - i nie tylko na młodych.

PRZEGLĄD ROKU 2013, CZYLI OD A, JAK "ANGLIKI", DO Ż, JAK "ŻABY".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje