Wspomnienie kierowcy papieża

Choć papież nie żyje, wciąż wokół nas znajdują się ludzie, dla których był on nie tylko głową Kościoła katolickiego. Papieża wspomina Józef Mucha, jego kierowca z czasów, kiedy był on biskupem, arcybiskupem, wreszcie kardynałem.

Papieża wspomina Józef Mucha, jego kierowca z czasów, kiedy był on biskupem, arcybiskupem, wreszcie kardynałem.

Reklama

Witold Odrobina, RMF FM: Jak to się zaczęło?

Józef Mucha: Ja zacząłem w kurii metropolitalnej krakowskiej z kardynałem Sapiehą, to było w 1949, Sapieha. Później po śmierci Sapiehy, był arcybiskup Baziak i w międzyczasie arcybiskup Baziak wyświęcił Karola Wojtyłę na biskupa, znałem go jako profesora, ale tak dokładnie to nie. Znałem go oczywiście " na szczęść Boże", "dzień dobry", "pochwalony", czy jak tam. Przychodził do kurii dopiero później, jak został biskupem. Potem, jak pojechałem za arcybiskupem Baziakiem do Warszawy i tam umarł, a więc ja se myślę to trzeba dać znać biskupowi Wojtyle, no i proszę pana, poszedłem na pocztę też na Poznańską, tam jest Główna Poczta i proszę pana tak że dzwonimy raz nikt się nie zgłasza. Drugi raz... Mówię: "Panie nic z tego." Ja mówię niech pan jeszcze powtórzy, i mówię mu o co chodzi - a to dobrze, a to powtórzymy jeszcze: "Umarł arcybiskup Baziak." Rzeczywiście odezwał się Wojtyła i mówię mu tak: proszę księdza biskupa tak, a tak się stało arcybiskup zmarł i dzisiaj słyszę jak jego takie wzdychanie, oddech silny i po łacinie powiedział coś takiego, znaczy wieczne odpoczywanie i po czym pogrzeb i po pogrzebie zacząłem być już kierowcą biskupa.

Jak długo i gdzie jeździliście?

Jeździliśmy i tu i na wizytacje i po Polsce, i millenium jak było i różne rzeczy nas spotykały i dobre i złe i za obrazem i przed obrazem i ze świecą i rama sama była. No i został już to kardynałem i rzeczywiście jeździliśmy, jak się to mówi, wszędzie.

Można powiedzieć, że w tym samochodzie był pana szefem. Jakim był szefem, gdyby go teraz ocenić, tak jak to się teraz ocenia swojego szefa dyrektora, przełożonego?

No jako kardynał to był bardzo taki, jak mój ojciec prawie. Dbał o mnie i o rodzinę moją, pytał się co i jak. Jak mieszkanie miałem "nie za bardzo", to zaproponował mieszkanie inne, zrobili mieszkanie. przychodził po kolędzie tak zwane, bo mówił, że to jest jego parafia franciszkańska. Mojego syna nawet chrzcił i także dbał bardzo o pracownika i w ogóle był ojcem takim, że szkoda gadać.

Jak tak jeździliście razem, spędzaliście w tym samochodzie na pewno wiele godzin. O czym były te rozmowy?

Pogoda... No to ja się pytam którędy jedziemy. "Pan wie którędy ma pan jechać, dobrze pewnie i szybko." Tak, że w rozmowie, nawet jak ktoś mu towarzyszył, to troszeczkę porozmawiali tyle o ile i książkę, albo brewiarz. Zawsze miał dwie albo trzy książki. I jechaliśmy i ja mu, żeby czasu nie marnował, to ja mu zamontowałem taką lampkę z takim pulpicikiem, wie pan. Na kolanach sobie miał i świecił sobie i tak jak żeśmy jechali po Krakowie. No już Kraków znał: "O jedzie kardynał!" No to nie raz podjechaliśmy na przystanek tramwajowy, autobusowy żeby się zatrzymać. No to ludzie patrzyli, uśmiechnął się, pobłogosławił, pokiwał no i dalej. Raz jechaliśmy do Warszawy i przyjechaliśmy do Warszawy, to stanął na przystanku no i też to samo.

Byliście rozpoznawalni?

Tak i przez władze i przez ludzi jak się to mówi.

Były przygody na przykład z milicją na drodze?

Były i proszę pana, nocowaliśmy do celu dojeżdżaliśmy do sióstr. No co pan stanął. A ja mówię, że dojechaliśmy do celu. Szkoda bo ja książki jeszcze nie skończyłem. A tak przygody to były, śledzeni byliśmy tego. Nie mieliśmy takich specjalnie, ciekawi byli gdzie jedziemy. No różnie to było.

Rano zawsze miałem tak, że puściłem sobie radio, słuchałem wiadomości. Słucham mówią, że umarł papież Jan Paweł I. Mówię żonie: "Słyszałaś?" A ona na to, "A co słyszałam?" No to ja szybko poleciałem do kuchni, to była prawie pora śniadania. Powiedziałem siostrom, pochwaliłem Boga, mówię: "Proszę siostry wiecie, że papież umarł." Było takie okienko, w którym wydawali posiłki, ja głowę wsadziłem, podszedł Dziwisz i mówi co się dzieje. "Proszę księdza kapelana ja słyszałem że papież umarł." W tym czasie usłyszałem brzdęk tylko nie wiem, czy łyżeczka, czy nóż upadł kardynałowi Wojtyle na talerzyk. Po tym wszystkim wyjazd na konklawe małe miał być. No to kardynała odwiozłem na lotnisko w Krakowie. Pojechał samolotem, a ja na drugi dzień wziąłem siostry i bagaże i pojechaliśmy do Warszawy. Myśmy pojechali do sióstr na Wiślaną. Tam zanocowaliśmy.

Ojciec Święty jako kardynał też. Na drugi dzień, nie wiem czy to był samochód sekretariatu, czy prymasa, odwieźli go na lotnisko. Na lotnisku pożegnałem się i mówię: "Niech ksiądz kardynał wraca." A on odpowiedział - nie wiadomo. I przyjechaliśmy do Krakowa. No to oczekujemy na wybór, jesteśmy u Franciszkanów w kościele . Jakieś nabożeństwo było, ja do żony mówię - teraz wyszedł ojciec może ogłosi papieża. Rzeczywiście wyszedł i powiada: teraz muszę wam powiedzieć nowinę - został Karol kardynał Wojtyła papieżem. Ja w ten czas nie wiedziałem, jak się nazywam, wie pan i do dzisiaj mi ściska serce. Był jako ojciec, z jednej strony się smuciłem z jednej się cieszyłem że to dla państwa dla kościoła dla świata . Teraz szum się dzieje, wszyscy jeszcze obecny infułat Małysiak mówi: panie Józefie będzie msza święta, organizujemy mszę świętą... Szum po Krakowie... Do Mariackiego ja też idę, klerycy wszystko śpiewa cieszy się no i Ojca Świętego mamy.

Porozmawiaj na Forum.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje