"Upadek" w polskiej rzeczywistości

Szanowna Redakcjo,Zdaję sobie sprawę, że mój list niewiele zmieni, ale może warto spróbować? Bierność może zrodzić koszmarne konsekwencje, o czym za moment.

Otóż to co w piątek 23 sierpnia o godzinie 17.45 spotkało mnie i mojego męża w środku Warszawy nasunęło mi na myśl film "Upadek" Joela Schumachera z Michaelem Douglasem w roli głównej. Dla przypomnienia: w korku na autostradzie pewien urzędnik traci cierpliwość i idzie w miasto odreagować. Kończy się istną masakrą. Ale wróćmy do naszej przygody: kiedy zmieniliśmy pas na skrzyżowaniu ul. Puławskiej i Al. Wilanowskiej kierowca samochodu, przed który wjechaliśmy wysiadł - było akurat czerwone światło - podszedł do nas i przez otwarte okno naszego auta zaczął bez ostrzeżenia okładać pięścią po głowie mojego męża... Po chwili pan ten zmienił zdanie i wrócił do swej srebrnej nubiry.

Reklama

Osłupieliśmy, jednak po chwili namysłu zanotowałam nr rejestracyjny samochodu i zadzwoniłam na policję (jak to czasami dobrze mieć komórkę!). Niestety nie doczekałam się podniesienia słuchawki. Postanowiliśmy więc pojechać za bandytą na klaksonie licząc, że po drodze zainteresuje się nami jakiś patrol i zareaguje na nasz "pościg". Rzeczywiście po chwili zauważyliśmy samochód policyjny, który... nie zrobił nic. W tej sytuacji zrezygnowaliśmy z "pościgu" na rzecz rozmowy z "władzą". Ta odesłała nas na najbliższy posterunek policji, czyli na ul. Malczewskiego.

Na posterunku pan aspirant poinformował mojego męża, że jeśli po 7 dniach nadal będzie miał obrażenia i potwierdzi to lekarz w wyniku obdukcji, wówczas sprawa zostanie rozpatrzona! Po dłuższej dyskusji udało nam się przekonać pana aspiranta, by nas ktoś jednak przesłuchał. Problem w tym, że musielibyśmy poczekać jakieś 2 godziny. Z braku czasu zrezygnowaliśmy. Jednak nie poddaliśmy się do końca: mój mąż raz jeszcze zadzwonił na pogotowie policyjne. Miał szczęście - telefonistka zainteresowała się sprawą i zadzwoniła na posterunek przy Malczewskiego w celu wyjaśnień. Okazało się, że nikt nawet nie odnotował naszego zgłoszenia. Po tym odkryciu telefonistka jakoś straciła zainteresowanie i rozmowa skończyła się na niczym. Oczywiście pogotowie policyjne nie udzieliło informacji, gdzie można interweniować ze skargą.

Tymczasem bandyta bezkarnie jeździ po Warszawie (rejestracja warszawska) i być może tłucze innych nie pasujących mu użytkowników ruchu. Tylko co się stanie, jeżeli wkrótce gołe pięści przestaną mu wystarczać? Jeśli któregoś dnia zareaguje jak postać grana przez Douglasa? Albo zachowa się jak pewien kierowca - i to niestety już nie jest fikcja - który parę lat temu wysiadł, wyjął broń i strzelił w głowę synowi amerykańskiego komika Billa Cosby'ego?

J.W.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje