Kandydacie! Coś dla zmotoryzowanych!

Przed nami druga tura wyborów prezydenckich. W pierwszej wszyscy kandydaci jak mogli starali się schlebiać oczekiwaniom poszczególnych grup społecznych.

Dziwne, że żaden z nich nie pomyślał o zaskarbieniu sobie sympatii tak szerokiego elektoratu, jakim są zmotoryzowani. Co prawda jeden z pretendentów przed fabryką Fiata w Tychach rozdawał robotnikom torby z drugim śniadaniem, a drugi w tym samym miejscu zapewniał przed kamerami telewizyjnymi, że gdyby on został prezydentem, to produkcja nowej pandy zostałaby zlokalizowana w Polsce, a nie we Włoszech, ale trudno uznać, że celem tych wystąpień było pozyskanie głosów kierowców. Do nich trzeba przemawiać inaczej.

Na przykład ceny benzyny

W ogólnym odczuciu są zdecydowanie za wysokie. Należało zatem obiecać, że po objęciu najwyższego urzędu przez obiecującego litr bezołowiowej nie będzie kosztował więcej niż 3 złote. A każda próba podwyżki ponad tę kwotę zostanie natychmiast zawetowana.

Reklama

Na dodatkowe ulgi będą mogli liczyć dojeżdżający do pracy mieszkańcy miast, bo przecież w miejskich korkach samochody palą więcej, a także rolnicy, tankujący ciągniki, i emeryci - jeżeli napiszą oświadczenie, że własnym pojazdem jeżdżą do lekarza i na działkę.

A dopłaty za złomowanie starego pojazdu przy zakupie nowego? Dlaczego nikt nie obiecał wprowadzenia takich bonusów? Przeoczenie? Lekceważenie oczekiwań setek tysięcy Polaków? Dopłaty powinny być połączone z ułatwieniami w imporcie używek. Tak, aby każdy chętny miał co zezłomować.

No i oczywiście...

...żadnych podatków ekologicznych

Twarde weto. Czy to nasza wina, że auta, na które nas stać, nie spełniają europejskich norm? Czy to myśmy wyprodukowali te samochody i wymyślili te normy? No to niby dlaczego mielibyśmy za to płacić? Taka argumentacja z pewnością trafiłaby do przekonania wielu wyborcom.

Autostrady. Tu, jeśli chodzi o obietnice, mamy ogromne doświadczenie i długie tradycje. A zatem śmiało.

Dwa tysiące kilometrów nowych autostrad do końca prezydenckiej kadencji. Oczywiście autostrad, po których będziemy jeździć bezpłatnie. Zresztą, co tam dwa tysiące... Pięć tysięcy! Dziesięć tysięcy kilometrów! Ile tylko chcecie. Każdemu według potrzeb.

Teraz coś dla młodzieży

Trzeba było koniecznie zapowiedzieć wprowadzenie - po zwycięskich wyborach - ułatwień w uzyskiwaniu prawa jazdy. Zamiast męczącego i kosztownego kursu, a potem stresującego egzaminu - oświadczenie rodziców, że ich latorośl "umie jeździć". No dobrze, bez przesady. Niech egzamin zostanie, ale każdy przypadek oblania egzaminowanego powinien być przez egzaminatora szczegółowo uzasadniony. Na piśmie. Aby uniknąć sztampy i kopiowania uzasadnień, musi być to pismo odręczne. Minimum pięć stron. Formatu A4.

Zacząć trzeba od obietnicy

Teraz przepisy ruchu drogowego. Zacząć trzeba od obietnicy zlikwidowania absurdalnego obowiązku jazdy przez cały rok na światłach mijania.

To oczywista oczywistość. Poklask gwarantowany. Sądząc po komentarzach na forach internetowych, na powszechne uznanie mogłaby liczyć również zapowiedź ograniczenia uprawnień straży miejskiej i zdyscyplinowania policji drogowej. A także obietnica powszechnej amnestii dla kierowców przyłapanych na zbyt szybkiej jeździe przez fotoradary. Niezłe wrażenie wywołałaby też publicznie wyrażona wątpliwość, czy fotografowanie osób znajdujących się w prywatnych pojazdach jest zgodne z konstytucją.

Wybory przegrał, ale...

Jeden z niedoszłych lokatorów prezydenckiego pałacu od lat przekonuje, że obowiązek zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodach to zamach na wolności obywatelskie. Wybory przegrał, ale zyskał zaskakująco wysokie poparcie. Prawdopodobnie również dzięki wspomnianej wyżej tezie. Czy ci, którzy pozostali na placu boju, wyciągną z tego jakieś wnioski? Jeszcze nie wszystko stracone...

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: zmotoryzowani
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy