Reklama

Zadanie na spostrzegawczość. Wyjrzyjcie na ulicę...

Zadanie na spostrzegawczość. Wyjrzyjcie na ulicę... Już? To teraz powiedzcie, czym ten widok różni się od widoku wczorajszego, sprzed tygodnia czy miesiąca. Trudne?

Nie dostrzegacie żadnych różnic? Ruch jak zwykle? To dziwne, przecież dzisiaj mamy Europejski Dzień bez Samochodu. Powinniście ujrzeć tłumy pieszych, uśmiechniętych rowerzystów, bardziej niż zwykle zatłoczone autobusy i tramwaje. Zero aut, czyste powietrze.

Reklama

Niestety, to utopia. Owszem, przez centra wielkich miast jak co roku zapewne przemkną hałaśliwe i kolorowe manifestacje cyklistów, będą jakieś wzmianki w mediach, ktoś powie przed kamerą, że słusznie, że jest za. Tak naprawdę Dzień bez Samochodu nie różni się jednak niczym od pozostałych dni w roku. Jest taką samą ułudą, jak wszystkie inne dni z "bez" w nazwie: bez papierosa, śmiecenia, przeklinania...

I nie pomogą tu żadne zaklęcia, hasła i apele, a nawet akcje typu: "dziś każdy zmotoryzowany może za darmo jeździć środkami transportu publicznego". Wystarczy zamiast biletu mieć przy sobie dowód rejestracyjny samochodu.

Podobno w ubiegłym roku w Warszawie z tej możliwości skorzystało... 500 kierowców. Nie wiemy co prawda, w jaki sposób uzyskano te dane, ale jeżeli są prawdziwe, to zważywszy liczbę aut jeżdżących po stolicy, oznaczają kompletną porażkę pomysłu.

Wyobraźmy sobie, że idąc z duchem czasów rzeczywiście postanawiamy zrezygnować z używania samochodu. Jaką mamy alternatywę? Czy podstawowym, codziennym środkiem lokomocji Polaków może stać się rower? Bardzo wątpliwe i nic tu nie pomoże wskazywanie Holandii czy Danii, jako przykładów krajów z powodzeniem "zroweryzowanych". Nie ten klimat, nie ta infrastruktura, inne tradycje i przyzwyczajenia.

Nawet ci, którzy ufają hasłom rzucanym przez Zielonych mają duże kłopoty z wdrażaniem ich idei w życie. "Naprawdę próbowałem dojeżdżać do pracy rowerem" - opowiada znajomy czterdziestoparolatek, na kierowniczym stanowisku w średniej wielkości firmie w centrum miasta. "Pal sześć, że podwładni zaczęli mnie uważać za dziwaka albo skąpca, który oszczędza na benzynie; że miałem trudności z zaparkowaniem mojego pojazdu; że wciąż obawiałem się złodziei. Gorzej, że po 10 kilometrach pedałowania przyjeżdżałem do biura spocony i zziajany. Powinienem się przebrać i wziąć prysznic, na co oczywiście nie mam w firmie warunków. A poza tym muszę jedno dziecko odstawić rano do szkoły, drugie do przedszkola. Po pracy często robię zakupy albo mam coś do załatwienia na drugim końcu miasta. W końcu skapitulowałem..."

Może zatem komunikacja publiczna? Cóż, nawet w krajach, w których jest znacznie bardziej rozwinięta i działa o wiele sprawniej niż u nas nie spowodowała radykalnego zmniejszenia ruchu samochodów. Po prostu są ludzie, którzy za żadne skarby nie wsiądą do zatłoczonego tramwaju czy autobusu, zwłaszcza w czasie epidemii. Wychodzą z założenia, że nie po to pracują, zarabiają, by nie korzystać z wygód. A własne auto daje - zgoda, często złudne - poczucie komfortu, większej mobilności, intymności, bezpieczeństwa. To także kwestia wizerunku, dającego odpowiednie miejsce w hierarchii społecznej.

Dzień bez samochodu. No to wyjrzyjcie jeszcze raz na ulicę...

 

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje