Tymek Kucharczyk przed sezonem Indy NXT: "Każdy rok może być ostatni"
Na moment przed startem sezonu Indy NXT by Firestone 2026 rozmawiamy z Tymkiem Kucharczykiem - kierowcą, który po triumfie w serii EuroFormula Open wybrał starty w USA. W szczerej rozmowie o pieniądzach, presji, relacji z ojcem i marzeniach o F1 tłumaczy, dlaczego każdy rok może być jego ostatnim i co znaczy reprezentować Polskę w światowym motorsporcie.

Tymek Kucharczyk w ubiegłym sezonie wygrał Euroformułę Open, rozstrzygając mistrzostwo w ostatnim wyścigu różnicą 0,001 sekundy. Mimo to nie wywalczył miejsca w czołowym zespole Formuły 2. Zamiast ryzykować start w projekcie bez pełnego budżetu, zdecydował się na zmianę kontynentu.
Od sezonu 2026 ściga się w serii Indy NXT by Firestone - najwyższym szczeblu amerykańskiej drabiny rozwojowej prowadzącej do IndyCar. To bezpośrednie zaplecze NTT IndyCar Series, czyli najważniejszej serii wyścigowej typu open-wheel w Ameryce Północnej. Indy NXT stanowi odpowiednik europejskiej Formuły 2 w strukturze rozwoju kierowców, ale funkcjonuje w odmiennym systemie sportowym i finansowym.
Kalendarz obejmuje zarówno tory uliczne i klasyczne, jak i owalne - charakterystyczne dla amerykańskiego ścigania.
Adam Majcherek: Zacznijmy od Monzy. Wygrałeś tytuł o jedną tysięczną sekundy po wyprzedzaniu na ostatnim zakręcie. Pamiętasz to ostatnie okrążenie? Wiedziałeś, że to będzie aż tak blisko?
Tymek Kucharczyk: Sam wyścig pamiętam bardzo dobrze, bo to był jeden z najlepszych startów w mojej karierze. Od początku byłem ultrapewny siebie. Wszystko mi wychodziło. Każdy manewr - wyprzedzanie, obrona, walka koło w koło. Wiedziałem, co robię i wiedziałem, co chcę zrobić.
Ale po przekroczeniu mety czekałem jakieś 20-30 sekund na informację z radia, który właściwie jestem. Dopiero kiedy usłyszałem w słuchawce inżyniera, który dosłownie krzyczał z radości, poczułem, że to naprawdę się stało. Połączenie ulgi, szczęścia i takiego wewnętrznego spokoju. Myślę, że trudno będzie przeżyć coś bardziej ekstremalnego.

Ostatnio mówiłeś, że wtedy byliście blisko F2. Jak blisko?
Kontrakt był realny. To nie była rozmowa w stylu "może kiedyś" - naprawdę mogliśmy wejść do F2. Problemem okazał się budżet. Sezon na tym poziomie kosztuje miliony euro. Jeżeli podpisujesz umowę, mając pokrytą część budżetu i licząc, że resztę zbierzesz w trakcie startów, to od pierwszego dnia jesteś pod ogromną presją. Każdy wyścig, każda rozmowa ze sponsorem, każdy wynik mają wtedy podwójne znaczenie - walczysz nie tylko o punkty, ale o przetrwanie całego projektu.
Do tego doszła kwestia czasu. Gdy wywalczyłem mistrzostwo, większość miejsc w teamach F2 była już rozdysponowana. Zostały opcje, które uznaliśmy za zbyt ryzykowne sportowo. Tam nie wystarczy być szybkim kierowcą. Jest kilka teamów, z którymi realnie możesz myśleć o mistrzostwie, w pozostałych to walka o pojedyncze punkty. Jeśli trafisz do zbyt wolnego teamu, możesz przepaść i już nigdy nie przebić się wyżej.
I tutaj zderzyłem się z czymś, czego wcześniej nie chciałem do końca przyjmować do wiadomości. Zawsze wierzyłem, że to kierowca ma decydującą rolę w osiągnięciu sukcesu, a talent i ciężka praca wystarczą. Teraz wiem, że to nie jest takie proste. Dlatego podjęliśmy wtedy decyzję, że nie wchodzimy w projekt, który mógłby mnie zablokować.
Czy czujesz w tym niesprawiedliwość?
Motorsport nie jest fair. Znam wielu świetnych kierowców z kartingu, którzy nie dotarli nawet do Formuły 4, bo zabrakło im funduszy. To nie jest tak, że ktoś był zbyt wolny, ale po prostu koniec budżetu zamyka tę drogę.
Był moment, w którym pomyślałeś: "To może być koniec"?
Każdy nowy sezon traktuję jak ostatnią szansę. Jeżeli budżet się nie zepnie, jeżeli sponsorzy się wycofają, to po prostu nie startujesz. Były momenty, kiedy naprawdę nie wiedzieliśmy, czy uda się złożyć projekt na kolejny rok. I wtedy zaczynasz myśleć o tym, czy nie trzeba będzie zrobić kroku w tył. Dlatego tak ważne było dla mnie wsparcie partnerów w zeszłym sezonie. To dało mi spokój i możliwość skupienia się na jeździe.
Kiedy pojawił się konkretnie temat IndyNXT? To była kalkulacja czy bardziej intuicja?
Poleciałem po sezonie do Stanów na testy w Indianapolis i od tego czasu IndyNXT było coraz bardziej rozważaną opcją. Szczerze? Zakochałem się w tym aucie - zrobiłem parę okrążeń i nie chciałem z niego wysiadać.
Co cię w tym amerykańskim ściganiu tak wciągnęło?
Wszystko jest inne - styl jazdy, tempo i całe podejście do wyścigów. Jest miks kierowców ze świata, wielu Amerykanów, którzy znają te tory od dziecka. Samo ściganie jest bardziej "oldschoolowe" - mniej polityki, więcej agresji, częściej dochodzi do kontaktu, a że bolidy są bardziej wytrzymałe niż w Europie, kontakt nie musi oznaczać końca wyścigu. Jest też mniej zarządzania oponami niż w Europie - jedziesz bardziej "na maksa" od startu do mety. Wypadniesz w żwir? To ktoś cię wypchnie i jedziesz dalej. Auto zgaśnie? Podepną prąd i ruszasz. W europejskich cyklach to nie do pomyślenia.
Podoba mi się też to, ilu fanów przychodzi na wyścigi IndyNXT, a już o IndyCar nie wspomnę. Mam też wrażenie, że tam systemowo bardziej dba się o szybkich kierowców.
Właśnie - mówisz o systemie. Co w praktyce jest inne niż w Europie?
W Europie za wygranie Euroformuły Open dostałem puchar. Nie ma nagrody finansowej, nie ma też żadnego wsparcia, choćby w postaci testów w wyższej kategorii.
W Ameryce, gdybym wygrał serię o podobnym poziomie, miałbym automatycznie stypendium na przeskok do wyższej serii. Dlatego mówię, że tam system umożliwia rozwój, czego w Europie brakuje.

A budżetowo - jak to wygląda koszt sezonu w IndyNXT w porównaniu z F2?
Jest o ponad połowę niższy. Przy czym masz 17 wyścigów i 14 rund, więc sportowo to jest pełnowymiarowy sezon. Nie podróżujesz po całym świecie, wszystko jest w Stanach, ale ilość jeżdżenia w weekendy jest naprawdę duża. Dochodzi też więcej testów w trakcie sezonu niż w F2. Krótko mówiąc - stosunek "jazdy do budżetu" jest po prostu korzystniejszy.
Czego się najbardziej obawiasz w IndyNXT? I jak się szykujesz na wyścigi na owalnych torach?
Na owalu jeszcze nie zrobiłem ani jednego okrążenia, więc na pewno będzie to ekscytujące doświadczenie. Nie mam żadnych obaw, raczej głód nowych doświadczeń.
Wiem, że przede mną dużo nauki. Nie każdy szybki kierowca z Europy odnajduje się w Ameryce. Są kierowcy z F2 czy F3, którzy przychodzą do IndyNXT i mają kłopoty w pierwszych latach - to normalne, bo to inne środowisko, inne tory, inne auto.
Słyszałem historie, że ktoś pojechał pierwszy wyścig na owalu i powiedział "nigdy więcej", więc jest respekt. A do tego jestem najmniej doświadczonym kierowcą w stawce. Większość jedzie drugi czy trzeci sezon albo ma przynajmniej kilka dni testowych więcej. Startuję z innej pozycji, ale to też sprawia, że presja jest trochę mniejsza.
Mówiłeś też, że USA to otwarcie na Polonię i nowy rynek. Widzisz już jakieś efekty?
Zdecydowanie. Byłem jeden dzień w Chicago i zebrałem ultra pozytywny feedback od Polonii, którzy ekscytują się motorsportem i którzy czekali na Polaka na tak wysokim poziomie jak IndyNXT czy IndyCar.
Jestem tam pierwszym zawodnikiem z Polski, schodzę trochę z radaru F3/F2/F1 i idę swoją ścieżką.
Mówisz, że w Polsce rynek sponsorów macie już "przeskanowany". Był moment, w którym miałeś poczucie, że to już jest koniec i trzeba szukać innego zajęcia?
Wracamy do tego, że każdy rok może być moim ostatnim, a każdy nowy sezon jest moją ostatnią szansą. W zeszłym roku miałem trochę większy spokój, bo dołączyło do mnie kilku nowych partnerów, szczególnie mój główny sponsor - Mubi. To naprawdę dużo zmieniło. Miałem czystą głowę. Wiedziałem, że jeżeli będą wyniki i pokażę się z dobrej strony, to mam za sobą ludzi, którzy stoją za mną murem. I myślę, że to też był jeden z czynników, dzięki którym wygrałem sezon. Ale w tym roku to znowu jest nowe rozdanie. Znowu jest rok o wszystko.
W Polsce trudno jest rozmawiać ze sponsorami?
Trudno, bo motorsport bywa postrzegany jako niszowy i "niemierzalny", a mamy teraz w Polsce wyjątkowo mocne pokolenie młodych kierowców i bez systemowego wsparcia ta szansa może nam uciec. Ja sam wychowałem się na Kubicy - dzieciaki potrzebują wzorców.
Jak radzisz sobie z presją finansową? Otwarcie mówiłeś, że rodziny nie stać na finansowanie twoich startów. Miewasz gorsze momenty?
Poza torem można o tym rozmawiać spokojnie, ale gdy zakładam kask, to nie ma miejsca na takie myśli. Wtedy włącza się "race mode". Liczy się kolejne okrążenie, progres, perfekcja na torze. To, co się dzieje poza torem - budżet, rozmowy, kontrakty - w dużej mierze nie leży w mojej gestii. Moja rodzina, w tym mój tata starają się mnie od tego odcinać. Nie muszę wiedzieć o wszystkim.
Wspominasz często o ojcu. Jak zbudowaliście swoją relację?
Do 14. roku życia tata jeździł ze mną praktycznie na każdy weekend kartingowy. To było ponad dwadzieścia weekendów rocznie poza domem. Ogromne poświęcenie. Później, kiedy byłem już starszy i zacząłem podróżować z zespołem, tata przestał być na każdym wyścigu. W zeszłym roku pojawił się na trzech z ośmiu rund. Rodzina w komplecie była na ostatniej, na Monzy.
Z tatą często się spieramy. To się nie zmieniło. Mamy różne wersje tych samych historii - kiedy opowiadamy coś razem, można mieć wrażenie, że byliśmy w dwóch różnych miejscach. Ale jedno jest pewne - bez niego by mnie tutaj nie było.
Po Monzy, kiedy przypieczętowałem tytuł, wszyscy się cieszyli, tata spytał mnie, czemu ja się nie cieszę. Odpowiedziałem: "Bo nie zrobiłem najszybszego okrążenia". Taki już jestem. Zawsze chcę więcej.
Czy tata dalej analizuje twoje wyścigi?
Do siódmego, może ósmego roku życia był moim trenerem. Sam nigdy nie startował w wyścigach torowych, ale był kiedyś kierowcą rajdowym, więc miał wiedzę o linii jazdy, punktach hamowania. Później już sam stwierdził, że nie będzie mi w stanie pomóc. Teraz oczywiście ma swoje komentarze po wyścigu - że tu mogłem poblokować, tu wyprzedzić.
Czyli to po nim odziedziczyłeś geny i idziesz jego śladem?
Chyba nie do końca. Na ostatniej Wigilii babcia pokazała zdjęcie z pielgrzymki do Le Mans z lat siedemdziesiątych. Okazało się, że może to jednak geny wyścigowe są po niej, a nie tylko po tacie. Ale to on poświęcił dla mnie tak wiele. Bez niego nie byłoby mnie w tym miejscu.
Wracając do młodszych lat - to prawda, że miałeś epizod ze skokami narciarskimi?
Trenowałem skoki przez jeden sezon, miałem osiem lat. Spędziłem ten czas na treningach i poznałem tam Kacpra Tomasiaka. On już wtedy był bardzo dobry, ja dopiero zaczynałem. Teraz się z tatą śmiejemy, że gdybym wtedy wybrał skoki, może byłbym dziś na igrzyskach i przywiózł z nich medal. Jednak wybrałem motorsport, włożyłem w ściganie 15 lat życia i chcę tu zostać.
Mówią o tobie "następny Kubica". To motywuje czy przeszkadza?
Zawsze powtarzam: nie chcę być drugim Robertem, chcę być pierwszym Tymkiem Kucharczykiem. Robert otworzył drzwi całemu pokoleniu, ale każdy musi iść swoją drogą - ja idę własną.
Gdybyś miał wybierać: start F1 czy zwycięstwo w Indy 500, na co byś postawił?
Najchętniej jedno i drugie. Fajnie byłoby kiedyś spróbować potrójnej korony. Indy 500 to wspaniały wyścig, od lat go oglądam. Mam nadzieję, że w tym roku uda się pojechać i zobaczyć go na żywo. Z drugiej strony F1 to marzenie każdego dzieciaka, który zaczyna ściganie.
Czyli F1 dalej jest twoim głównym celem?
Tak. To jest ultimate goal. Dlatego zostałem w single-seaterach. Jestem na innym kontynencie, ale dalej ścigam się w bolidach z myślą o tym, żeby kiedyś dostać się do F1.
A co musi się wydarzyć w 2026, żebyś powiedział "to była dobra decyzja"?
Zadzwoń do mnie w grudniu - wtedy powiem.
Na koniec: czujesz, że reprezentujesz Polskę?
Kiedy słyszysz za granicą Mazurka i widzisz polskie flagi - czujesz dumę. Czasem odtwarzam sobie transmisje z wyścigów i widzę, że ludzie wchodzą o różnych porach, żeby obejrzeć mój wyścig i piszą w komentarzach "Polska górą!", "Dawaj Tymek!" - to daje moc.
AKTUALIZACJA:
Tymek Kucharczyk w inauguracyjnym wyścigu w St. Petersburgu finiszował w czołowej trójce - ukończył wyścig na trzecim miejscu.








