Trzy lata i na szrot. Jednorazowe auta to nowy trend w Chinach
Średni wiek samochodów na europejskich drogach przekracza dziesięć lat, bo auta są dziś coraz droższe, ale jednocześnie coraz lepiej zbudowane. Tymczasem w Chinach trend idzie w zupełnie odwrotnym kierunku, a starsze samochody elektryczne praktycznie nie znajdują nabywców.

Wszystko wskazuje na to, że jednorazowy samochód stał się w Chinach kwestią czasu. Dla wielu Chińczyków auto jest dziś niewiele więcej niż smartfonem na kołach, więc i traktowane jest w podobny sposób. Trend ten może w średniej i długiej perspektywie wpłynąć również na rynek motoryzacyjny w Europie.
Dlaczego Chińczycy nie kupują używanych aut?
Kto może sobie pozwolić w Chinach na zakup samochodu, najczęściej kupuje go za gotówkę. Leasing i finansowanie zakupu praktycznie nie istnieją w segmencie klientów prywatnych, co znacząco różni ten rynek od naszego.
Co istotne, jeśli już ma być nowe auto, to musi być rzeczywiście nowe - prosto z salonu. Samochody używane nie cieszą się w Chinach większym poważaniem, uchodzą za stare i zwykle trafiają wyłącznie do osób, które nie mogą pozwolić sobie na nic lepszego. Tym samym rynek wtórny jest tam zupełnie inny niż w Europie, gdzie używane samochody są naturalnym i często racjonalnym wyborem.
Presja cenowa na rynku nowych aut przybiera coraz większe rozmiary, a walka między obecnymi tam ponad 140 markami jest bardziej zacięta niż kiedykolwiek. Bez niskich cen i wciąż nowych modeli żaden producent nie utrzyma się na powierzchni.
Chińskie elektryki tańsze i szybciej produkowane
Warunki produkcji w Chinach drastycznie różnią się od tych w Europie. Podczas gdy europejscy producenci zwykle potrzebują czterech do pięciu lat na opracowanie nowego modelu, w Chinach cały ten proces trwa od 18 do najwyżej 24 miesięcy.
Do tego koszty rozwoju i produkcji są tam niższe o 40 do 60 proc. w porównaniu z Niemcami czy Francją. Pokazuje to chociażby przykład Renault, które swojego elektrycznego Twingo zleciło do opracowania w Chinach i otrzymało gotowy projekt w mniej niż dwa lata.
Konsekwencja takiego tempa jest oczywista. Ceny samochodów elektrycznych w Chinach od stycznia 2023 do grudnia 2025 spadły o około 23 proc., i to mimo wyraźnej poprawy parametrów akumulatorów, szybszego ładowania i nowocześniejszej technologii. "Obecna wojna cenowa jest ogromna i nie należy oczekiwać powrotu do wcześniejszych poziomów cen" - tłumaczy dr Xing Zhou z firmy doradczej AlixPartners. Według niego ta wojna cenowa zamienia samochód elektryczny w produkt jednorazowy.
Samochody elektryczne traktowane jak smartfony
Tu dochodzimy do sedna problemu. Klasyczne samochody spalinowe są w Chinach często używane przez wiele lat i na ulicach Szanghaju, Pekinu czy Wuhanu wciąż jeżdżą kilkunastoletnie egzemplarze. W przypadku elektryków sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej.
Skoro nie funkcjonuje tam efektywny rynek używanych pojazdów elektrycznych, wiele aut trafia na złom już po trzech do pięciu latach eksploatacji. Czasem jeszcze wcześniej, co dla nas brzmi wręcz nieprawdopodobnie.
"Cykle innowacji samochodów elektrycznych coraz bardziej zbliżają się do tych znanych z elektroniki konsumenckiej" - wyjaśnia Zhou. Rocznie na chiński rynek trafia około 140 nowych modeli, a ceny wciąż lecą w dół. Wielu producentów notuje przez to straty, ale dla klientów liczy się tylko jedno - najnowszy model w najlepszej cenie. Idealnym przykładem jest BYD Seagull, którego cena w przeliczeniu wynosi około 31 tys. zł.
Coraz więcej producentów wprost zakłada, że ich auta będą używane przez dwa do pięciu lat. Potem trafią do recyklingu, dokładnie tak jak smartfony czy tablety, które po kilku latach zastępujemy nowymi modelami.
Recykling samochodów elektrycznych nie nadąża
Procesy recyklingowe w wielu częściach Chin dopiero raczkują i pozostają w tyle za systemami stosowanymi w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Najcenniejszą częścią pozostaje oczywiście akumulator.
Obecnie wycofane z eksploatacji pojazdy często lądują na ogromnych placach poza wielkimi miastami, gdzie potrafią czekać całymi latami na dalsze przetworzenie. Wciąż niejasna jest też rola producentów w całym tym procesie i to, kto ma faktycznie odpowiadać za końcową utylizację.








