W skrócie
- W Krakowie 26-letni trzeźwy kierowca bez wcześniejszych mandatów potrącił pieszych. Przyczyną tragedii była najprawdopodobniej nadmierna prędkość w obszarze zabudowanym.
- Według raportu Trendline tylko 23 procent polskich kierowców przestrzega limitów w terenie zabudowanym. To najgorszy wynik spośród pięciu państw uwzględnionych w tym badaniu.
- Ryzyko śmierci pieszego przy 30 km/h to 10 procent, a przy 50 km/h już 70 procent. Fizyka wskazuje, że każdy wzrost prędkości drastycznie zwiększa siłę uderzenia samochodu.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
W nocy 22 lipca w rejonie ulicy Nadwiślańskiej i Solnej w Krakowie doszło do tragedii. W idącą po chodniku parę 32-latków prowadzących wózek z ośmiomiesięcznym dzieckiem wjechał samochód osobowy. Siła uderzenia była tak duża, że dorośli zginęli na miejscu, a dziecko trafiło do szpitala w ciężkim stanie. Jak dowiedziała się Interia, kierujący samochodem 26-latek był trzeźwy. Co więcej, wcześniej nie był skazany za przestępstwo drogowe, a nawet nie dostał mandatu. Dlaczego więc doszło do tego tragicznego zdarzenia?
Prędkość to prawdziwa plaga polskich dróg
Od lat o nietrzeźwych kierowcach mówi się jako o pladze polskich dróg. Kiedyś być może tak było. Dziś jednak to rzadkie zjawisko, a na miano plagi zasługuje przekraczanie dozwolonej prędkości. Według pierwszych komunikatów policji i prokuratury za tragedię, która rozegrała się w Krakowie, najprawdopodobniej odpowiada właśnie zbyt szybka jazda. Na ulicy, która przebiega przy wale Wisły, obowiązuje ograniczenie do 50 km/h, które potem, w okolicy skrzyżowania z ul. Nadwiślańską, zostaje zamienione na 30 km/h. Wiele wskazuje na to, że 26-latek jechał tam o wiele szybciej.
Dlaczego dochodzi do takich tragedii? Dane pokazują, że polscy kierowcy niemal powszechnie łamią ograniczenia prędkości. Znaczny odsetek z nich drastycznie. Takie wnioski płyną z powstałego przy wsparciu Komisji Europejskiej raportu Trendline, który został opublikowany pod koniec 2025 r.
W badaniu uwzględniono dane z 5 europejskich państw. Spośród tych, które udostępniły dane, w Polsce był najniższy, wynoszący zaledwie 23 proc., odsetek kierowców jeżdżących w obszarze zabudowanym zgodnie z obowiązującym ograniczeniem prędkości. Dla porównania na Słowacji limitu prędkości przestrzegało 47 proc. kierowców, w Czechach aż 70 proc., a na Węgrzech 68 proc. kierujących.

W raporcie Trendline korzysta się również ze wskaźnika V85. Określa on prędkość, której w danym miejscu nie przekracza 85 proc. kierowców. W obszarze zabudowanym i pod tym względem Polacy wypadają najgorzej w Europie. Prędkość V85 dla naszego kraju została określona na 71 km/h. Na Słowacji jest to 61 km/h, a w Czechach i Węgrzech 54 km/h. Drugi najgorszy - po Polsce - wynik wskaźnika V85 miała w badaniu Litwa, w której 85 proc. kierowców w obszarze zabudowanym nie przekracza 63 km/h.
Szybka jazda jest w modzie
Dlaczego okazujemy się najczęściej łamiącymi ograniczenia kierowcami w Europie? Ogromnym problemem, z jakim boryka się Polska, jest społeczne przyzwolenie na przekraczanie dozwolonej prędkości. Trudno wyobrazić sobie, by rodzina godziła się jechać z kompletnie pijanym kierowcą. Kiedy jednak trzeźwy kierujący drastycznie przekracza limit prędkości, wiele osób problemu nie dostrzega. Co więcej, dla niektórych takie zachowanie jest powodem do dumy.
Na początku sierpnia kluczborscy policjanci ukarali 21-latka, który w obszarze zabudowany, na wąskiej ulicy między domami, pędził 130 km/h, a poza obszarem zabudowanym rozpędził się do 200 km/h. Skandaliczną jazdę nagrał pasażer młodego mężczyzny, a film pojawił się w mediach społecznościowych. Tam zauważyli go policjanci, którzy po nitce doszli do kłębka.
Film powstał i został opublikowany z oczywistej przyczyny. Miał on zapewnić 21-latkowi podziw wśród znajomych. Tu leży ogromny problem. Trudno wyobrazić sobie, aby ktoś dla uznania nagrywał i publikował film, na którym prowadzi w stanie nietrzeźwości. Takie zachowanie słusznie spotkałoby się z natychmiastową i ostrą dezaprobatą. Niestety, przekraczanie dozwolonej prędkości, nawet to drastyczne, często nie wywołuje takiej reakcji, a wręcz ma przeciwne skutki.
Niektórzy kierowcy licytują się na czas, w jakim udało im się pokonać daną trasę. Są też tacy, którzy bez wstydu mówią o tym, jaką maksymalną prędkość rozwinęli w mieście czy na autostradzie, chwalą się tym, że udało im się "zamknąć licznik". Fizyka jest jednak nieubłagana.
Niewielki wzrost prędkości, dużo poważniejsze skutki
Każdy, kto uczęszczał na lekcje fizyki, pamięta, że energia rośnie wraz z kwadratem prędkości. Jeśli zwiększymy prędkość dwukrotnie, energia wzrośnie czterokrotnie. Ma to kluczowe znaczenie w razie kolizji, a szczególnie potrącenia, bo wówczas nieosłonięty niczym poza ubraniem pieszy jest konfrontowany z pojazdem, który waży 1,5 tony.

Według danych, na które w raporcie "Speed and speeding" powołuje się Komisja Europejska, dla pieszego czy rowerzysty ryzyko śmierci w razie potrącenia przez samochód jadący z prędkością 30 km/h wynosi ok. 10 proc. Jeśli prędkość zwiększa się do 50 km/h, ryzyko wzrasta do ok. 70 proc. Przy 60 km/h - to prawie tyle, ile wg. Raportu Trendline wynosi średnia prędkość samochodu w obszarze zabudowanym w Polsce - ryzyko śmierci pieszego to już ok. 90 proc. Od 70 km/h przeżycie potrącenia należy rozpatrywać w kategorii cudu.
Wygląda na to, że zdecydowana większość kierowców w Polsce nie zna tych danych lub po prostu brakuje im wyobraźni, aby siedząc za kierownicą, postawić się w roli pieszego, obok którego pędzą samochody. Policja nie może patrolować każdej ulicy, więc wiele zależy od nas samych. Drastyczne łamanie limitów prędkości to nie powód do dumy, ale dowód bezmyślności i głupoty. Im szybciej kierowcy to zrozumieją, tym większej liczbie tragedii uda się zapobiec.










