Toyota wygrała Le Mans o 11 sekund. Polski zespół zdominował swoją klasę
Po 24 godzinach ścigania Toyota wygrała 94. edycję 24h Le Mans z przewagą zaledwie 10,913 s nad BMW. Ferrari nie obroniło zwycięstwa sprzed roku, Robert Kubica i załoga AF Corse #83 awansowali z 17. na 7. miejsce w klasie Hypercar, a polski Inter Europol Competition osiągnął historyczny wynik, zajmując dwa pierwsze miejsca w LMP2.

Tegoroczny wynik dobrze pokazuje, dlaczego Le Mans odzyskało znaczenie wykraczające poza sam motorsport. W czołówce klasy Hypercar znalazły się Toyota, BMW, Cadillac, Ferrari, Alpine i Aston Martin. To marki, które na co dzień rywalizują nie tylko na torze, ale też w salonach samochodowych.
Toyota odzyskała zwycięstwo po kilku latach przerwy, BMW było o krok od pierwszego triumfu od 1999 r., Ferrari przestało dominować, a Cadillac przez znaczną część wyścigu również pozostawał w grze o najwyższe pozycje. Po latach, w których Le Mans bywało kojarzone z przewagą jednego producenta, tegoroczna edycja znów przypominała pełnoprawne starcie światowej motoryzacji.
Toyota wygrała o 10,913 s po całej dobie jazdy
Zwycięstwo odniosła Toyota GR010 Hybrid z numerem 7, którą jechali Mike Conway, Kamui Kobayashi i Nyck de Vries. Załoga przejechała 381 okrążeń i ukończyła wyścig z czasem 24:03:01.030.
Drugie miejsce zajęło BMW M Hybrid V8 zespołu BMW M Team WRT. Robin Frijns, René Rast i Sheldon van der Linde stracili do Toyoty zaledwie 10,913 s. Trzecia była druga Toyota, ze stratą 20,417 s do zwycięzców.
Przy dystansie liczonym w tysiącach kilometrów takie różnice pokazują, jak wyrównana była tegoroczna rywalizacja. W Le Mans zwykle mówi się o niezawodności, strategii i unikaniu błędów. Tym razem wszystko to nadal miało znaczenie, ale o zwycięstwie zdecydowały sekundy.
BMW było bardzo blisko historycznego zwycięstwa
Dla BMW wynik ma słodko-gorzki smak. Z jednej strony drugie miejsce w Le Mans to ogromny sukces programu M Hybrid V8. Z drugiej - do zwycięstwa zabrakło mniej niż 11 sekund.
Marka z Monachium po raz ostatni wygrała Le Mans w 1999 r. modelem V12 LMR. Tegoroczny występ pokazał, że BMW wróciło do walki o najwyższe cele w wyścigach długodystansowych. Nie był to już projekt budowany z myślą o przyszłości, lecz samochód realnie zdolny do wygrania najważniejszego 24-godzinnego wyścigu świata.
Ferrari nie obroniło zwycięstwa sprzed roku
Ferrari przyjechało do Le Mans jako marka, która wygrała trzy poprzednie edycje wyścigu. W 2023 i 2024 r. triumfowały fabryczne Ferrari 499P, a w 2025 r. zwyciężyła załoga AF Corse #83 z Robertem Kubicą, Yifei Ye i Philipem Hansonem.
W tym roku włoska marka nie była już w stanie utrzymać tej serii. Najlepsze Ferrari, fabryczny samochód #51 prowadzony przez Alessandro Pier Guidiego, Jamesa Calado i Antonio Giovinazziego, ukończyło wyścig na 5. miejscu. AF Corse #83, którym jechali Yifei Ye, Robert Kubica i Philip Hanson, było 7.
To nie był katastrofalny występ Ferrari, ale po trzech latach zwycięstw wynik wygląda jak wyraźny sygnał: przewaga włoskich prototypów stopniała, a klasa Hypercar stała się jeszcze bardziej nieprzewidywalna.
Robert Kubica awansował z 17. na 7. miejsce
Dla polskich kibiców jednym z najważniejszych wątków był start Roberta Kubicy. Załoga AF Corse #83 nie miała łatwego początku weekendu. Po kwalifikacjach Ferrari ruszało do wyścigu dopiero z 17. pozycji w klasie Hypercar.
W samym wyścigu samochód z numerem 83 prezentował się znacznie lepiej. Kubica, Yifei Ye i Philip Hanson systematycznie przesuwali się w górę stawki i ostatecznie ukończyli rywalizację na 7. miejscu. Oznacza to awans o dziesięć pozycji względem pola startowego. Le Mans po raz kolejny przypomniało, że pozycja startowa jest ważna, lecz w 24-godzinnym wyścigu nie rozstrzyga wszystkiego.
Inter Europol Competition z dubletem w LMP2
Największy polski sukces przyszedł jednak z klasy LMP2. Inter Europol Competition nie tylko wygrał swoją kategorię, ale zajął dwa pierwsze miejsca.
Zwyciężyła załoga samochodu #43 w składzie Jakub Śmiechowski, Tom Dillmann i Nick Yelloly. Drugie miejsce zajęło drugie auto Inter Europol Competition - #343, którym jechali Bijoy Garg, Reshad de Gérus i Nico Müller.
Dublet w klasie LMP2 oznacza pełną kontrolę nad jedną z najważniejszych kategorii wyścigu. Inter Europol Competition potwierdził, że nie jest już ciekawostką ani jednorazowym fenomenem, lecz zespołem należącym do ścisłej czołówki wyścigów długodystansowych. Team zwyciężał tu już w 2023 i 2025 r., a w 2024 zmagania ukończył na drugiej pozycji.
Warto też zwrócić uwagę na skalę przewagi. Zwycięski samochód #43 przejechał 361 okrążeń, a drugi #343 ukończył wyścig jedno okrążenie przed resztą najbliższych rywali. Dla zespołu z polskimi korzeniami to jeden z najważniejszych wyników w historii startów w Le Mans.
Aston Martin Valkyrie przypomniał, że V12 nadal żyje
Ciekawym motoryzacyjnym akcentem był również wynik Astona Martina Valkyrie. Samochód zespołu Aston Martin Thor Team ukończył wyścig na 8. miejscu w klasie Hypercar.
Valkyrie wyróżnia się na tle stawki, bo korzysta z wolnossącego silnika V12 bez wsparcia układu hybrydowego. Wśród prototypów zdominowanych przez konstrukcje hybrydowe to rozwiązanie wygląda dziś niemal egzotycznie. Tym bardziej że samochód nie tylko dojechał do mety, ale znalazł się w pierwszej dziesiątce klasy Hypercar.
Nie zmienia to kierunku, w którym idą wyścigi długodystansowe, ale pokazuje, że klasyczna inżynieria nadal ma w Le Mans swoje miejsce.
Le Mans pokazało, kto naprawdę ma tempo
Tegoroczny wyścig trudno sprowadzić do jednego zwycięzcy. Toyota wróciła na szczyt, BMW było o włos od historycznego triumfu, Ferrari straciło serię zwycięstw, a Inter Europol Competition zdominował klasę LMP2 w sposób, który dla polskiego motorsportu ma wyjątkowe znaczenie.
Po 24 godzinach jazdy Toyotę i BMW dzieliło 10,913 s. Kubica odrobił dziesięć miejsc względem pozycji startowej. Polski zespół zajął dwa pierwsze miejsca w swojej klasie. To są liczby, które najlepiej podsumowują tegoroczne Le Mans - wyścig, w którym po całej dobie nadal liczył się każdy błąd, każdy postój i każda sekunda.








