Proces Sebastiana M. Oskarżony złożył zeznania, do niczego się nie przyznał
Sebastian M., oskarżony o doprowadzenie do tragicznego wypadku na autostradzie A1, złożył wyjaśnienia przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim. Mężczyzna uważa się za niewinnego, nie przyznał się do spowodowania wypadku i twierdzi, że jechał znacznie wolniej niż 300 km/h.

Spis treści:
- Sebastian M. zabrał głos. Nie przyznaje się do winy
- Dlaczego Sebastian M. wyjechał z Polski?
- Sebastian M. uważa, że biegli dopuszczają się manipulacji
- Sebastian M. nie wyjdzie z aresztu
- Jak doszło do wypadku na autostradzie A1?
Do tragedii doszło we wrześniu 2023 roku w pobliżu Piotrkowa Trybunalskiego. W wyniku zderzenia BMW z Kią zginęło małżeństwo oraz ich pięcioletni syn. O spowodowanie wypadku oskarżono Sebastiana M., który wg ustaleń prokuratury miał prowadzić swój samochód z prędkością ponad 300 km/h.
Proces w tej sprawie rozpoczął się w październiku 2025 roku. W czwartek odbyła się kolejna rozprawa, na której zeznawał oskarżony.
Sebastian M. zabrał głos. Nie przyznaje się do winy
W odczytanych przez siebie wyjaśnieniach podkreślił, że nie przyznaje się do popełnienia zarzucanych mu czynów. Wyjaśnił, dlaczego zdecydował się mówić dopiero w końcowej fazie procesu, po przesłuchaniu wszystkich świadków oraz - jak dodał - po przedstawieniu przez niego oraz jego obrońcę wątpliwości dot. materiału dowodowego w sprawie.
- Na początku procesu nie widziałem żadnej możliwości, żeby złożyć wyjaśnienia. Miałem głębokie poczucie, że jeżeli zacznę mówić coś, co nie znajduje potwierdzenia w narracji aktu oskarżenia, nikt mi nie uwierzy, a swoją rodzinę narażę na jeszcze większą nienawiść społeczną. Byłem zrezygnowany i chciałem mieć to już za sobą. Rozważałem nawet dobrowolne poddanie się karze, aby zamknąć temat, mimo, że uważam, że nie spowodowałem tej strasznej tragedii będącej przedmiotem tego procesu - powiedział.
Tłumaczył, że nie chciał mówić wcześniej o wypadku widząc rozpacz rodzin jego ofiar, którym - jak zapewnił - głęboko współczuje tragedii, która ich spotkała.
Dlatego zdecydowałem się na proces mediacji i chciałem starać się o zakończenie tej sprawy jak najszybciej, nawet kosztem świadomości, że być może zostanę skazany za coś, czego w mojej ocenie nie zrobiłem
Sebastian M. przyznał, że nie wie dokładnie, co stało się tego tragicznego dnia. Jednocześnie jednak przyznał, że przeprowadzone w tej sprawie postępowanie dowodowe potwierdziło przebieg zdarzenia taki, jak je zapamiętał.
- Jechałem skrajnie lewym pasem trzypasmowej jezdni, nagle zobaczyłem samochód wjeżdżający z prawego pasa na lewy, prosto na mnie. Nie mogłem już nic zrobić, wykonać żadnego manewru. Krzyknąłem tylko do moich współpasażerów "co k….". Nie mam pojęcia co się stało, że ten samochód na mnie zjechał. Nie wiem, czy doszło do jakiejś awarii - mówił oskarżony.
Przekonywał, że cały czas jechał lewym pasem, gdzie w jego opinii miało dojść do zderzenia oraz, że poruszał się z niższą prędkością niż jest opisana w akcie oskarżenia.
Nie jechałem z prędkością ani 315 ani 330 km/h. Wydawało mi się, że ta prędkość mogła wtedy oscylować w granicach 170 km/h. Jednak po analizie akt sprawy uważam, że mogłem jechać maksymalnie z prędkością 200 km/h. Mój samochód był ciężki, masywny, więc prędkość była w nim słabo odczuwalna. Jednak nie jechałem z prędkością nawet zbliżoną do 300 km/h. Tego jestem pewien
Tłumaczył, że nie miał powodu jechać szybciej, gdyż za kilkaset metrów miał zjechać z autostrady w stronę Polichna, gdzie razem z dwójką kolegów zamierzał zjeść kolację.
Zapewniał również, że nie stracił panowania nad swoim autem, nie zjechał na środkowy pas, nie uderzył w pojazd Kia i nie doprowadził do tragedii.
Dlaczego Sebastian M. wyjechał z Polski?
Sebastian M. mówił również o swoim wyjeździe z Polski po wypadku. Wyjaśnił, że była to zaplanowana dużo wcześniej podróż służbowa, najpierw na trzy dni na targi w Monachium w Niemczech, skąd następnie dotarł autem do Stambułu w Turcji. Wybrał podróż samochodem - bo jak mówił - miał ze sobą dużą ilością próbek kawy, którą handlował. Stąd z kolei poleciał do Dubaju, gdzie miał mieć dalsze spotkania biznesowe.
- Nigdy nie uciekłem i nigdy nie miałem takiego zamiaru. Sąd dziwił się, że kontynuowałem pracę zawodową po takich zdarzeniu. Ja wiedziałem, że nie spowodowałem tego zdarzenia, więc nie czułem się winny śmierci tych osób. Natomiast samo zdarzenie było dla mnie wielką tragedią, nie było mi to obojętne - przyznał.
Zaznaczył, że wcześniej o możliwość wyjazdu za granicę kraju pytał prowadzącą sprawę prokurator.
- Nie wyjechałem na długi okres, tylko na spotkania biznesowe. Po nich miałem wrócić. Nie wróciłem, bo nie mogłem. Byłem przez dwa miesiące w areszcie. Po zwolnieniu orzeczono zakaz mojego opuszczania Zjednoczonych Emiratów Arabskich i zabezpieczono mój paszport - dodał.
Sebastian M. uważa, że biegli dopuszczają się manipulacji
Sebastian M. stwierdził, że nie wierzy w bezstronność i rzetelność prokuratury w wyjaśnieniu tej sprawy. Podważał opinie biegłych, które są podstawą oskarżenia. Kwestionował wielokrotnie wykazaną przez biegłych prędkość oraz wskazane miejsce zdarzenia.
- W aktach sprawy figuruje 14 różnych prędkości BMW. Prędkość w momencie rozpoczęcia nagonki medialnej rosła z miesiąca na miesiąc. Żadna z nich nie jest ani realna, prawidłowa czy odczytana w chwili zdarzenia. Biegli szacując prędkość dopuszczają się szeregu zaniedbań i manipulacji. Przyjmują błędne miejsce zderzenia - zaznaczył.
Sugerował również, że Kia poruszała się na tzw. kole dojazdowym, które mogło ulec uszkodzeniu lub odpaść. W efekcie według niego pojazd mógł nagle zmienić tor jazdy i wjechać przed BMW, co doprowadziło do zderzenia. Nie znajduje to jednak odzwierciedlenia w opinii zespołu biegłych zawartej w akcie oskarżenia.
Oskarżony odpowiadał jedynie na pytania sądu.
Przed zabraniem głosu przez oskarżonego sąd wysłuchał ostatnich powołanych w tej sprawie świadków. To pracująca na miejscu wypadku policjantka ruchu drogowego oraz pasażera busa, który razem z jego kierowcą próbował gasić płonącą Kię.
Sebastian M. nie wyjdzie z aresztu
Sędzia Renata Folkman zleciła biegłym procesowym wydanie opinii uzupełniającej wobec wątpliwości i zarzutów sformułowanych na bazie prywatnej ekspertyzy obrony oskarżonego w zakresie przebiegu i przyczyny wypadku. Wykazano w niej m.in. błędną interpretację śladów na jezdni, nieuwzględnienie części dowodów rzeczowych, w tym koła dojazdowego, co mogło mieć wpływ na błędne wnioski dot. przebiegu i przyczyny wypadku.
Sąd nie zgodził się na uchylenie oskarżonemu tymczasowego aresztu i zastąpienie go wolnościowymi środkami zapobiegawczymi, o co wnioskowała obrona. Przedłużył areszt do 1 października br.
Przychylił się natomiast do wniosku prokuratora o powołanie jeszcze jednego świadka - byłego współpracownika Sebastiana M., który ma opowiedzieć o zachowaniach oskarżonego na drodze oraz jego postępowaniu po wypadku. Kolejne posiedzenie w tej sprawie odbędzie się 22 maja.
Jak doszło do wypadku na autostradzie A1?
Z materiału zgromadzonego w śledztwie wynika, że 16 września 2023 roku około godziny 20:00 Sebastian M., kierując BMW M850i i poruszając się z prędkością około 315 km/h, stracił panowanie nad pojazdem, zjechał na środkowy pas ruchu i uderzył z dużą siłą w Kię jadącą tym pasem z prędkością około 140 km/h.
W wyniku zderzenia Kia obróciła się, uderzyła w bariery energochłonne, wówczas doszło do rozszczelnienia układu paliwowego. Pojazd stanął w płomieniach, a trzy osoby nim podróżujące zginęły na miejscu.
Po wypadku Sebastian M. wyjechał z Polski i ostatecznie odnalazł się w Dubaju. Dość długo trwały dyplomatyczne zabiegi, których celem była ekstradycja, ostatecznie mężczyzna został wydany w Polsce, a w październiku 2025 roku rozpoczął się jego proces.









