Nowy obowiązkowy system. Auto samo zdecyduje, czy pojedziesz
Systemy wspomagania kierowcy dawno przestały być technologiczną ciekawostką. Ostrzeżenia o niezamierzonej zmianie pasa ruchu, sygnały wskazujące ryzyko kolizji czy podpowiedzi dotyczące zrobienia przerwy w trakcie podróży są dziś standardem. Amerykańskie regulacje idą jednak o krok dalej. Wkrótce elektronika ma stopniowo przejść do funkcji strażnika, który może realnie zadecydować o tym, czy pojazd w ogóle zostanie uruchomiony.

W skrócie
- Nowe przepisy wprowadzają systemy, które mogą blokować uruchomienie samochodu na podstawie oceny stanu kierowcy.
- Technologia opiera się na analizie zachowania kierowcy oraz bezkontaktowym wykrywaniu alkoholu, a najbardziej prawdopodobne jest połączenie tych metod.
- Wdrożenie takich rozwiązań zwiększa koszty produkcji aut, co ma wpływ na ceny pojazdów.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Punktem wyjścia dla wspomnianych zmian jest ustawa infrastrukturalna podpisana 15 listopada 2021 roku. Zawiera ona zapis zobowiązujący Narodową Administrację Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (NHTSA) do opracowania rozwiązań ograniczających prowadzenie pojazdów pod wpływem alkoholu oraz innych substancji psychoaktywnych. Harmonogram wdrożenia jest ambitny - pełna implementacja planowana jest na lata 2026-2027.
Samochód sam oceni, czy kierowca nadaje się do jazdy
Założenie systemu jest stosunkowo proste w koncepcji, choć znacznie bardziej złożone w realizacji. Ma on działać w tle, bez konieczności aktywnego udziału użytkownika, analizując jego stan i kondycję. Nie chodzi o klasyczną blokadę zapłonu opartą na alkomacie przed uruchomieniem silnika, lecz o ciągłe monitorowanie zachowania kierowcy. Jeżeli algorytmy uznają, że zdolność prowadzenia pojazdu jest obniżona, samochód może zablokować możliwość jazdy lub ją istotnie ograniczyć.
Producenci rozważają obecnie trzy główne kierunki rozwoju takich technologii. Pierwszy opiera się na kamerach oraz analizie stylu jazdy, w tym reakcji kierowcy, ruchów gałek ocznych czy sposobu operowania kierownicą. Drugi zakłada bezkontaktowe wykrywanie alkoholu, na przykład poprzez czujniki analizujące wydychane powietrze w kabinie albo sensory podczerwieni umieszczone w kierownicy i przyciskach sterujących. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się jednak połączenie obu metod.
Czy rozwiązanie to ma sens? Zdania są podzielone
Zwolennicy nowych rozwiązań podkreślają ich potencjał w ratowaniu życia. Według szacunków Insurance Institute for Highway Safety (IIHS) wprowadzenie takich systemów mogłoby zapobiec nawet ponad 9400 zgonom rocznie na drogach. Dla organizacji zajmujących się bezpieczeństwem ruchu drogowego, walka z jazdą pod wpływem alkoholu w tym wydaniu byłaby przełomem porównywalnym z wprowadzeniem pasów bezpieczeństwa.
Oczywiście nie brakuje także wątpliwości. Jednym z kluczowych problemów są potencjalne fałszywe alarmy. Już obecnie systemy wspomagające kierowcę potrafią błędnie interpretować jego zachowanie. Wystarczy bowiem bardziej gwałtowny manewr, lub krótkotrwałe odwrócenie wzroku np. na ekran multimediów, aby pojawiło się ostrzeżenie o zmęczeniu lub dekoncentracji. Jeśli w przyszłości podobna pomyłka miałaby skutkować zablokowaniem pojazdu, konsekwencje mogłyby być znacznie poważniejsze.
Więcej systemów w samochodach to droższa produkcja
Na ten moment nie wiadomo, czy podobne rozwiązanie trafią kiedykolwiek na rynek europejski. Eksperci przekonują jednak, że rozwiązania opracowane za oceanem, w przyszłości będzie można także implementować na innych rynkach motoryzacyjnych.
Niestety już teraz wiadomo, że wprowadzenie nowych technologii będzie się wiązało ze wzrostem kosztów produkcji samochodów. Szacuje się, że same czujniki wykrywające alkohol mogą podnieść cenę pojazdu o około 200-250 dolarów, natomiast bardziej zaawansowane systemy oparte na kamerach o kolejne 100-500 dolarów. Dla producentów oznacza to dodatkowe wyzwanie, które ostatecznie przełoży się na ceny rynkowe, a więc samych kupujących.









