Nawet bogaci nie chcą elektryków. Szef Lamborghini mówi wprost
Polska gospodarka pędzi, a wraz z nią apetyty najbogatszych. Lamborghini notuje nad Wisłą rekordowe wyniki, przebijając barierę 100 dostarczonych aut rocznie. Jednak nad tym sukcesem unosi się zapach spalin, którego klienci nie zamierzają porzucać. W rozmowie z Interią Stephan Winkelmann, CEO marki, przyznaje wprost: plan pełnej elektryfikacji musiał ustąpić przed twardym "nie" ze strony kupujących.

Ze Stephanem Winkelmannem spotkałem się przy okazji otwarcia drugiego w Polsce salonu Lamborghini. Poza Warszawą pełnowartościowy obiekt należący do Grupy Pietrzak został uruchomiony w Katowicach.
Dlaczego akurat Katowice, a nie np. Kraków? Jakub Pietrzak, współwłaściciel Grupy Pietrzak, wskazuje na pragmatyzm połączony z wieloletnim doświadczeniem. "Jesteśmy tu od 14 lat, sprzedając auta sportowe i hybrydowe, i przez ten czas udowodniliśmy, że pod kątem geograficznym to kluczowy region." Zwrócił uwagę na unikalne skomunikowanie śląskiej aglomeracji z resztą kraju poprzez sieć autostrad, co ma czynić Katowice najbardziej komfortowym punktem serwisowym i sprzedażowym dla klientów z całej Polski.
To dobry moment, by zapytać nie tylko o polski rynek, ale też o kierunek, w którym zmierza marka - zwłaszcza w kontekście elektryfikacji i zbliżającego się debiutu Ferrari Luce.

Polska rośnie szybciej niż wielu się wydaje. Lamborghini to widzi
Jeszcze kilka lat temu Polska była dla producentów samochodów luksusowych rynkiem drugiego planu. Dziś sytuacja wygląda inaczej, co dobrze widać w liczbach i - co ważniejsze - w podejściu samych marek. Lamborghini nie mówi o Polsce w kategoriach ciekawostki, ale realnego rynku wzrostu. Jak przyznaje Stephan Winkelmann, "Polska w ubiegłym roku przekroczyła poziom 100 sprzedanych aut, co jest czymś znaczącym", a w tym roku ma być jeszcze lepiej.
Globalnie marka zamknęła 2025 rok z historycznym wynikiem 10 747 dostarczonych samochodów. Polska, choć wolumenowo mniejsza od Niemiec czy USA, notuje unikalne w skali Europy tempo wzrostu. Polska gospodarka szybko rośnie, co sprawia, że potencjalnych klientów przybywa, a nasz kraj zaczyna być postrzegany jako jeden z najważniejszych rynków w regionie.

Luksus nie polega na dostępności
Naturalną konsekwencją rosnącego popytu mogłoby być zwiększenie sprzedaży. Lamborghini działa jednak w zupełnie odwrotny sposób. Kluczowe nie jest to, ile samochodów da się sprzedać, ale ile powinno się sprzedać, by nie rozmyć charakteru marki. Winkelmann mówi o tym wprost: "Nie chcemy nadmiernie nasycać rynku". W praktyce oznacza to kontrolowanie dostępności. "Chcemy utrzymać czas oczekiwania na poziomie około jednego roku" - przyznaje prezes. W świecie Lamborghini rok czekania to element produktu, budowanie napięcia, a nie wada.
Polacy kupują Lamborghini inaczej niż kiedyś
Zmienia się nie tylko liczba klientów, ale też ich podejście do samego produktu. Polski klient - jak powiedział mi Francesco Cresci, dyrektor Lamborghini na Europę, Bliski Wschód i Afrykę - jest wymagający, ale też bardzo świadomy tego, czego chce. Coraz większe znaczenie ma personalizacja i indywidualizacja auta. Cresci zwraca uwagę, że konfiguracje wybierane w Polsce są "bardzo kolorowe, bardzo ekstrawaganckie", co dobrze pokazuje zmianę podejścia do luksusu. Nie chodzi już o dyskrecję, ale o wyrazistość i wyróżnienie się.

"Nie sprzedajemy mobilności. Sprzedajemy marzenia"
Podczas rozmowy kilka razy padło zdanie, które tłumaczy, dlaczego Lamborghini patrzy na rynek inaczej niż większość producentów. "Nie sprzedajemy mobilności, sprzedajemy marzenia" - mówił Winkelmann. Samochód z tego segmentu przestaje być środkiem transportu, a staje się nośnikiem emocji i doświadczenia. W takim ujęciu liczy się nie tylko to, jak szybko jedzie, ale jak brzmi, jak reaguje i jakie wrażenia wywołuje. I właśnie w tym miejscu pojawia się problem, który dotyczy dziś całej branży.
Elektryczne Lamborghini? Klienci mówią "nie"
Jeszcze kilka lat temu Lamborghini zakładało, że do końca dekady wprowadzi w pełni elektryczny model. Dziś ten plan został odłożony. Co istotne, nie wynika to z ograniczeń technologicznych, ale z obserwacji rynku.
Jak przyznaje Winkelmann, "krzywa akceptacji samochodów elektrycznych nie rośnie tak jakby tego oczekiwali producenci, a w przypadku naszych klientów - wręcz spada". Część nabywców ma już za sobą kontakt z EV innych marek i ich doświadczenia są negatywne. Dla kogoś, kto kupuje auto dla emocji, cisza silnika elektrycznego jest barierą nie do przejścia.

Problemem nie jest technologia
Lamborghini nie neguje samej idei elektrycznych supersamochodów. Wręcz przeciwnie - szef marki podkreśla, że stworzenie emocjonującego auta elektrycznego jest możliwe. Problem polega na tym, że dla klientów to wciąż nie jest wystarczające. W doświadczeniu jazdy liczą się elementy, które trudno przenieść do świata elektromobilności - dźwięk, charakter pracy napędu czy sposób, w jaki samochód komunikuje się z kierowcą.
Hybryda zamiast elektryka. To świadomy wybór
W tej sytuacji Lamborghini stawia na napędy plug-in (PHEV). Oficjalnie chodzi o połączenie dwóch światów - osiągów i niższych emisji. W rozmowie pojawia się jednak bardziej bezpośrednie uzasadnienie. "Hybrydy plug-in pozwalają wydłużyć życie silników spalinowych". Hybryda staje się więc nie tyle krokiem w stronę elektryfikacji, co sposobem na utrzymanie silników spalinowych w zmieniającym się otoczeniu regulacyjnym. Lamborghini z racji niewielkiego wolumenu produkcji zyskało przedłużenie terminu na dostosowanie się do bardziej rygorystycznych norm emisji CO2, ale nie jest z nich zwolnione.

Lamborghini wraca do swoich korzeni
Mimo zaskakującej postawy klientów, Lamborghini rezygnuje z prac nad napędem elektrycznym, by być w pełnej gotowości, gdy klienci uznają, że przyszedł czas na zmianę. Tymczasem kolejnym krokiem ma być wprowadzenie nowego modelu, który wpisze się w historię marki. Nie będzie to SUV, nie będzie to również sedan: "Będzie to GT w układzie 2+2, bo taki samochód dopełni naszą gamę". To powrót do koncepcji znanej z modeli takich jak Espada czy 400 GT, czyli samochodów bardziej uniwersalnych, ale wciąż osadzonych w DNA marki.

Nawet najbogatsi nie kupują "z obowiązku"
Z tej rozmowy wyłania się obraz rynku, który nie do końca pasuje do dominującej narracji o motoryzacji. Polska się bogaci, sprzedaż luksusowych aut rośnie, a Lamborghini konsekwentnie kontroluje podaż, by utrzymać ekskluzywność. Jednocześnie w obszarze elektryfikacji pojawia się wyraźny opór klientów - nie tylko polskich. Decyzje zakupowe w tym segmencie nie są podejmowane z obowiązku ani pod wpływem regulacji. Kluczowe pozostają emocje - i na razie to one sprawiają, że elektryczne supersamochody nie znajdują uznania nawet wśród klientów, dla których zakup kolejnego drogiego samochodu nie stanowi wyzwania finansowego.
To ryzykowny moment na ideologiczne spory. Ferrari stawia wszystko na jedną kartę i niebawem zaprezentuje elektryczny model Luce. Czas pokaże czy klienci dadzą się przekonać 'światłu' z Maranello, czy raczej będą szukać spalinowych emocji w modelach z Sant'Agata. To będzie najważniejszy test lojalności w historii luksusowej motoryzacji.








