Nadciąga fala używanych elektryków. Rynek już koryguje wyceny
Po trzech latach samochód elektryczny potrafi dziś stracić ponad połowę swojej wartości. Rynek wtórny pokazuje wyraźnie, że skala spadków jest większa niż w przypadku aut spalinowych - i zaczyna to uderzać nie tylko we właścicieli, ale też w firmy leasingowe i producentów.

Widać to już w danych z Europy i USA - kilkuletnie elektryki tracą wyraźnie szybciej niż ich spalinowe odpowiedniki, a różnice sięgają kilkudziesięciu punktów procentowych. To oznacza, że wcześniejsze założenia dotyczące wartości rezydualnej były zbyt optymistyczne, a rynek dopiero zaczyna je korygować.
Dlaczego samochody elektryczne tracą na wartości szybciej niż spalinowe
Skala zmiany najlepiej widoczna jest w danych z rynku aukcyjnego. Jak podaje serwis AutomotiveNews, jeszcze w 2022 roku trzyletnie samochody elektryczne potrafiły utrzymywać nawet około 90 proc. swojej pierwotnej wartości. Dziś jest to średnio bliżej 40 proc., co pokazuje, jak szybko rynek skorygował wcześniejsze wyceny.
Za tym spadkiem stoi kilka nakładających się zjawisk. Elektryki starzeją się technologicznie szybciej niż auta spalinowe - nowe modele oferują większe zasięgi, sprawniejsze ładowanie i bardziej zaawansowane systemy zarządzania energią, co obniża atrakcyjność kilkuletnich egzemplarzy. Jednocześnie popyt na rynku wtórnym pozostaje ograniczony, bo część kierowców nadal podchodzi do elektromobilności z rezerwą, co dodatkowo wzmacnia presję cenową.
Różnice sięgają nawet 26 punktów procentowych
Analiza rynku niemieckiego przygotowana przez Carvago pokazuje, że elektryki tracą na wartości wyraźnie szybciej niż ich spalinowe odpowiedniki. W porównywalnych modelach różnice mogą sięgać nawet 26 punktów procentowych.
Dobrym przykładem jest Hyundai Kona. Według Carvago wersja elektryczna po trzech latach traci ponad połowę swojej wartości, podczas gdy cena wariantu spalinowego spada o około jedną czwartą. Podobny schemat widać jednak w wielu segmentach i przy znacznie droższych modelach.
Audi e-tron traci około 50 proc. wartości, podczas gdy porównywalne Audi Q8 - niespełna 27 proc. Mercedes EQE po trzech latach potrafi być tańszy o blisko 70 proc., podczas gdy spalinowa Klasa E traci niecałe 50 proc.
Ten sam mechanizm działa w popularnych modelach. Skoda Enyaq traci około 52 proc., podczas gdy Kodiaq - około 33 proc. Peugeot e-208 spada o ponad 53 proc., a spalinowe 208 - o około 35 proc. Nawet w segmencie kompaktów różnice są wyraźne - Volkswagen ID.3 traci ponad 51 proc. wartości, podczas gdy Golf około 41 proc.
Najmniejsza różnica pojawia się w przypadku BMW iX3 i spalinowego X3, ale i tu elektryk wypada gorzej - traci około 46 proc., podczas gdy wersja spalinowa nieco ponad 41 proc. To pokazuje, że skala zjawiska może się różnić, ale kierunek pozostaje ten sam.
Widać to już w praktyce rynku wtórnego. Kilkuletnie elektryki coraz częściej pojawiają się w cenach niższych niż ich spalinowe odpowiedniki, mimo że jako nowe były wyraźnie droższe. Dla kupujących to okazja, ale dla sprzedających sygnał, że wcześniejsze wyceny przestają mieć pokrycie w realnym popycie.
Nadchodzi fala używanych elektryków. Rynek będzie pod presją
Problem dopiero się rozpędza, bo na rynek zaczynają trafiać samochody elektryczne z leasingów zawieranych w ostatnich latach. W Stanach Zjednoczonych ich udział wśród zwracanych pojazdów szybko rośnie i zbliża się do 15 proc.
Kulminacja ma nastąpić w 2028 roku, kiedy liczba elektryków wracających z leasingu może sięgnąć nawet 800 tys. sztuk. To oznacza gwałtowny wzrost podaży aut, które już dziś mają problem z utrzymaniem wartości. Większa liczba dostępnych egzemplarzy będzie dodatkowo zwiększać presję na ceny, szczególnie w segmentach, gdzie popyt jest ograniczony. W Polsce będzie podobnie już w 2027 roku, gdy na rynek zaczną wracać samochody sfinansowane w leasingach i wynajmach długoterminowych przy wsparciu programu NaszEauto.
Straty sięgają miliardów. Branża już liczy koszty
Najbardziej odczuwają to dziś firmy finansujące leasingi, które oparły swoje modele biznesowe na innych założeniach dotyczących wartości rezydualnej. Okazuje się, że były one zbyt optymistyczne. Jak wylicza się w Stanach, średnio każdy zwracany elektryk może być wart nawet o 10 tys. dolarów mniej, niż zakładano, co w skali rynku przekłada się na potencjalne straty rzędu 8 miliardów dolarów.
To efekt błędnego założenia, że elektryki będą trzymać wartość podobnie jak auta spalinowe. Dziś widać, że tempo zmian technologicznych i ograniczony popyt na rynku wtórnym całkowicie zmieniają tę kalkulację, a rynek dopiero zaczyna dostosowywać się do nowych realiów.
To zła wiadomość dla właścicieli, ale dobra dla kupujących
Ten sam mechanizm, który generuje straty dla rynku, tworzy jednocześnie okazję dla klientów. Szybki spadek wartości sprawia, że kilkuletnie samochody elektryczne stają się coraz bardziej dostępne cenowo i mogą być realną alternatywą dla nowych aut spalinowych.
W wielu przypadkach dochodzi do odwrócenia relacji cenowej - modele elektryczne, które jako nowe były droższe, dziś kosztują mniej niż ich spalinowe odpowiedniki. To zmienia układ sił na rynku wtórnym i może przyciągnąć nowych klientów, którzy wcześniej nie rozważali zakupu auta elektrycznego.
Jednocześnie tempo dalszych spadków będzie zależało od jednego kluczowego czynnika - czy popyt nadąży za rosnącą podażą używanych elektryków. Jeśli nie, korekta cen może być jeszcze głębsza.
Wyższe ceny paliw mogą jednak stopniowo zmieniać tę sytuację. Dla części kierowców tani w zakupie, kilkuletni elektryk zaczyna wyglądać jak realna alternatywa dla auta spalinowego, szczególnie przy codziennym użytkowaniu w mieście. Jeśli ten trend się utrzyma, to właśnie rynek wtórny - a nie nowe samochody - może stać się pierwszym miejscem, w którym elektromobilność zacznie się naprawdę upowszechniać.








