Pięć minut po tym, jak parabank odmówił mu kolejnej pożyczki, Nathan Owen zadzwonił pod numer alarmowy. Twierdził, że jego Jaguar I-Pace nie reaguje na hamulec i z dużą prędkością jedzie autostradą.
Mój samochód się nie zatrzymuje. Utknął przy 78 milach na godzinę
Zapewniał, że cały się trzęsie, a auto kompletnie wymknęło się spod kontroli. W rzeczywistości podczas wykonywania telefonu Jaguar stał na rondzie. Chwilę później Owen ruszył, rozpoczynając 61-kilometrową jazdę przez autostrady M58, M57 i M62.
Pisał do dziewczyny i uderzał w radiowóz
Jak relacjonuje BBC, przed wjazdem na autostradę Owen przejeżdżał na czerwonym świetle. Później rozpędził auto do 86 mil na godzinę, czyli około 138 km/h. Chociaż przekonywał policję, że nie może kontrolować samochodu, w trakcie jazdy pisał wiadomości do swojej dziewczyny.
Funkcjonariusze potraktowali zgłoszenie jak prawdziwą awarię. Zamykali fragmenty dróg i ustawili radiowozy wokół Jaguara, próbując osłonić innych kierowców. Jeden z policyjnych samochodów jechał bezpośrednio przed Owenem.
Według "Guardiana" Jaguar uderzył w radiowóz 31 razy. Na opublikowanym przez policję nagraniu widać kolejne zderzenia, podczas gdy operator numeru alarmowego uspokaja kierowcę i instruuje go, co powinien zrobić.
Po około 35 minutach auto zatrzymało się w pobliżu węzła Birchwood na autostradzie M62. Nie zadziałały żadne systemy awaryjne. Po prostu rozładował się akumulator.
Dane z Jaguara ujawniły prawdę
Policja z Merseyside wspólnie z firmą Jaguar Land Rover dokładnie zbadała samochód. Nie znaleziono usterki, która mogłaby spowodować niekontrolowane przyspieszanie lub uniemożliwić hamowanie.
Oficjalny komunikat policji nie pozostawia wątpliwości: przez cały czas Jaguar prawidłowo reagował na ruchy pedału przyspieszenia. Owen nie nacisnął hamulca ani razu, choć podczas rozmowy z operatorem twierdził, że próbuje to robić.
Śledczy przyjrzeli się również jego finansom. Kierowca miał duże długi, zalegał z ratami, a do spłaty samochodu pozostawało mu około 5 tys. funtów, czyli ok. 25 tys. zł. W wiadomościach wysyłanych jeszcze przed zdarzeniem rozważał różne sposoby pozbycia się auta. Jeden z nich zakładał doprowadzenie do uznania Jaguara za szkodę całkowitą.
W dniu zdarzenia próbował pożyczyć dodatkowe 3 tys. funtów. Kiedy spotkał się z odmową, zadzwonił na policję i zgłosił rzekomą awarię.
Zarobił 800 funtów. Jaguar wydał 50 milionów
Owen nie poprzestał na okłamaniu policji i firmy finansującej samochód. Następnego dnia sprzedał swoją historię brytyjskim tabloidom. BBC podaje, że "The Sun" zapłacił mu 300 funtów (ok. 1500 zł), a "Daily Mail" kolejne 500 (ok. 2500 zł). Kierowca przedstawiał przejazd jako "35 minut piekła". Mówił, że czuł się jak uczestnik policyjnego pościgu w grze "Grand Theft Auto".
Opowieść o elektrycznym Jaguarze, który nagle przestał reagować na polecenia kierowcy, szybko trafiła do kolejnych mediów. Z oświadczenia Jaguar Land Rover przytoczonego przez "Guardiana" wynika, że pojawiło się około 180 niekorzystnych publikacji dotyczących samochodu i marki.
Producent przekazał sądowi, że wydał dodatkowe 50 mln funtów na działania marketingowe mające przeciwdziałać skutkom fałszywych oskarżeń. Nathan Owen przyznał się do niebezpiecznej jazdy i dwóch oszustw. Sąd w Liverpoolu skazał go na cztery lata i trzy miesiące więzienia.









