Spis treści:
- "Sportowy samochód", 333 KM i zakup miesiąc wcześniej
- 70 km/h w strefie 30 to bardzo dużo. Ale do tego nie potrzeba 333 KM
- Co jednak zmienia w tej historii informacja o 333 KM?
- Do spowodowania wypadku nie potrzeba sportowego samochodu
- Jeździłem Golfem R wielokrotnie. 70 km/h nie jest dla niego sytuacją graniczną
- Z kierowcy też szybko powstała gotowa postać
- Po tragedii znów będziemy zaostrzać prawo?
- Kary to jedno. Jest jeszcze szkolenie kierowców
- 333 KM dobrze wygląda w nagłówku. Problem był znany wcześniej
Nie ma wątpliwości, że doszło do tragedii. Nie ma też sensu usprawiedliwiać jazdy 70 km/h w miejscu z ograniczeniem do 30 km/h, jeśli te wartości ostatecznie potwierdzą biegli i śledztwo.
Warto jednak zwrócić uwagę na coś innego. Jeszcze zanim poznaliśmy pełną rekonstrukcję wypadku, część mediów zaczęła budować znacznie szerszą opowieść. Jej głównymi bohaterami stały się mocny samochód i jego młody właściciel. Jako dziennikarz motoryzacyjny mam z takim uproszczeniem problem.
"Sportowy samochód", 333 KM i zakup miesiąc wcześniej
Pierwsze informacje po wypadku były proste. Samochód zjechał z jezdni na chodnik i uderzył w małżeństwo prowadzące wózek z ośmiomiesięcznym dzieckiem. Rodzice, oboje w wieku 32 lat, zmarli. Ich syn trafił do szpitala.
Tak wyglądała chociażby relacja RMF FM. Jeden z późniejszych materiałów stacji nosił tytuł "Wjechał autem w rodzinę na chodniku w Krakowie. Nowe informacje z prokuratury". Punkt ciężkości pozostawał na zdarzeniu i ustaleniach śledczych.
Bardzo szybko pojawił się jednak drugi sposób opowiadania tej historii.
"26-latek wjechał w rodzinę - rodzice zginęli, niemowlę walczy o życie. Sportowy samochód odebrał miesiąc temu" - brzmiał tytuł Niezalezna.pl.
O2.pl pisało: "Wjechał w rodzinę w Krakowie. Auto kupił miesiąc temu. 'Jestem dumny'".
Gazeta.pl wydzieliła natomiast część zatytułowaną "Samochód o 'potwornej mocy'". Pojawiły się w niej 333 KM, 250 lub 270 km/h oraz tryb pozwalający na jazdę w poślizgu.
"Super Express" połączył w tytule informację o 70 km/h w strefie 30 ze śmiercią małżeństwa, a w tekście pojawiła się również informacja, że Volkswagen miał być zmodyfikowany i rozwijać około 400 KM.
Każdy z tych faktów osobno może zainteresować czytelnika. Zestawione razem zaczynają jednak tworzyć gotową postać i gotowe wyjaśnienie. Młody kierowca. Sportowy samochód. Ponad 300 KM. Tryb Drift. Zakup miesiąc wcześniej. Właściciel, który cieszył się nowym autem. Historia właściwie pisze się sama.
Tylko czy rzeczywiście wyjaśnia wypadek?
70 km/h w strefie 30 to bardzo dużo. Ale do tego nie potrzeba 333 KM
Według dotychczasowych ustaleń Volkswagen mógł poruszać się z prędkością około 70 km/h w miejscu, gdzie obowiązuje ograniczenie do 30 km/h. Prokurator Mariusz Boroń zastrzegł przy tym, że są to ustalenia wstępne, ustne i niepotwierdzone jeszcze procesowo. Jeżeli ta prędkość zostanie potwierdzona, będziemy mówić o bardzo poważnym przekroczeniu ograniczenia. Ponad dwukrotna jazda ponad limit w takim miejscu nie wymaga szczególnego komentarza.
Co jednak zmienia w tej historii informacja o 333 KM?
Do 70 km/h rozpędzi się praktycznie każdy współczesny samochód osobowy. Zrobi to mały miejski hatchback z podstawowym silnikiem, rodzinne kombi czy kilkunastoletnie auto o ułamku mocy Golfa R. Oczywiście 333 KM pozwalają osiągnąć tę prędkość znacznie szybciej. Golf R rozpędza się od 0 do 100 km/h w 4,6 s i może osiągać 250 km/h, a z opcjonalnym pakietem R-Performance - 270 km/h.

Tyle że według dzisiejszej wiedzy nie mówimy o wypadku przy 270 km/h. Wstępne ustalenia wskazują na około 70 km/h. Eksponowanie maksymalnych osiągów samochodu może więc robić wrażenie, ale nie odpowiada na pytanie, dlaczego auto znalazło się na chodniku. Szczególnie, że ten egzemplarz prawdopodobnie nie ma pakietu R Performance, a co za tym idzie - dostępu do trybu Drift.
Do spowodowania wypadku nie potrzeba sportowego samochodu
Policyjne statystyki również nie dają podstaw, by budować prosty związek między mocnym samochodem a wypadkiem.
W 2025 roku kierujący samochodami osobowymi byli sprawcami 13 792 wypadków, czyli 71,9 proc. wszystkich zdarzeń spowodowanych przez kierujących. W ich wyniku zginęło 1012 osób. Policja nie dzieli jednak samochodów na sportowe, mocne i "zwykłe". Nie dowiemy się więc, ile z nich miało 100, 150 czy ponad 300 KM.

Znacznie więcej mówią przyczyny. Najczęściej było to nieustąpienie pierwszeństwa przejazdu - 5091 wypadków. Niedostosowanie prędkości do warunków ruchu odpowiadało za 4278 zdarzeń, nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu za 2096, a niezachowanie bezpiecznej odległości za 1490.
Nie ma w tym zestawieniu kategorii "zbyt mocny samochód".
I trudno się temu dziwić. Do wymuszenia pierwszeństwa nie potrzeba 333 KM. Do potrącenia pieszego również. Podobnie jak do jazdy 70 km/h przy ograniczeniu do 30 km/h. Sportowe auto lepiej wygląda w nagłówku. Mechanizmy prowadzące do wypadków są zazwyczaj znacznie bardziej banalne: zbyt duża prędkość, błąd kierowcy, niewłaściwy manewr, brak koncentracji czy nieustąpienie pierwszeństwa.
Jeździłem Golfem R wielokrotnie. 70 km/h nie jest dla niego sytuacją graniczną
Golfa R znam bardzo dobrze. Testowałem różne wersje tego samochodu na zwykłych drogach i torach, na suchej oraz mokrej nawierzchni. Ostatnio wersją R Black Edition przejechałem około 1000 km. Wcześniej sprawdzałem również 333-konnego Golfa R Varianta.
Dlatego uważam, że określanie tego samochodu przede wszystkim przez pryzmat "potwornej mocy" daje bardzo niepełny obraz. Golf R jest piekielnie szybki. Jednocześnie należy do najbardziej skutecznych i przewidywalnych sportowych kompaktów, jakimi jeździłem.
Duża w tym zasługa napędu na cztery koła 4Motion z aktywnym rozdziałem momentu. Szczególnie dobrze widać to na mokrej nawierzchni. Samochód zapewnia bardzo duży margines przyczepności, skutecznie trzyma obrany tor i nie daje się łatwo wyprowadzić z równowagi.

Oczywiście napęd 4x4 nie oszukuje fizyki. Nie skraca magicznie drogi hamowania i nie naprawi każdego błędu kierowcy. Ale w normalnych warunkach 70 km/h nie jest prędkością, przy której Golf R znajduje się na granicy swoich możliwości albo nagle staje się samochodem trudnym do opanowania. Jadąc takim autem 70 km/h, kierowca nie walczy z 333 KM. Szczególnie, że mówimy o praktycznie nowym egzemplarzu, na świeżych oponach i pewnie ze sprawnymi wszystkimi systemami bezpieczeństwa.
Dlatego z motoryzacyjnego punktu widzenia nadal brakuje najważniejszej informacji: co wydarzyło się chwilę przed tym, gdy Volkswagen opuścił jezdnię?
Mógł zostać wykonany niewłaściwy albo zbyt gwałtowny manewr. Kierowca mógł niewłaściwie zareagować na sytuację. Znaczenie mogły mieć dziurawa nawierzchnia, tor jazdy, hamowanie albo kilka czynników jednocześnie. Nie ulega wątpliwości, że jechał za szybko, jeśli w miejscu wypadku faktycznie obowiązywało ograniczenie do 30 km/h.
I właśnie dlatego przyczyny wypadku powinien ustalić biegły na podstawie śladów, "nagrań z czarnej skrzynki", zeznań oraz oględzin samochodu. Samo "333 KM" takiej odpowiedzi nie daje.
Z kierowcy też szybko powstała gotowa postać
Podobny mechanizm widać przy opisywaniu 26-latka. Media przejrzały jego publiczną aktywność w internecie. Wiemy, że zajmuje się zawodowo fotografowaniem i nagrywaniem samochodów, tworzy materiały m.in. dla dealerów nowych i używanych aut, interesuje się motoryzacją i około miesiąca przed wypadkiem kupił Golfa R.
W sieci pojawiły się jego zdjęcia z odbioru samochodu oraz fragmenty wpisu, w którym cieszył się z zakupu. Taki zestaw informacji bardzo łatwo dopasować do obrazu młodego "rajdowca".
Problem w tym, że publiczna aktywność mężczyzny tego obrazu nie potwierdza. Nie publikował filmów z ulicznych wyścigów, przejazdów z ogromnymi prędkościami po drogach publicznych czy nagrań przedstawiających świadome łamanie przepisów. Nie budował w internecie wizerunku drogowego szaleńca. Co więcej - z nieoficjalnych informacji wynika, że nawet nigdy nie dostał mandatu.
Nie oznacza to, że zawsze jeździł bezpiecznie. Tego nie da się ustalić na podstawie mediów społecznościowych. Nie można jednak uczciwie wyciągnąć również przeciwnego wniosku. I właśnie na tym polega problem z gotową narracją. Pojedyncze fakty mogą być prawdziwe, ale odpowiednio zestawione tworzą obraz człowieka, którego wcześniejsza aktywność po prostu nie potwierdza.
Po tragedii znów będziemy zaostrzać prawo?
Po szczególnie głośnych wypadkach w Polsce niemal automatycznie wraca dyskusja o kolejnych zmianach przepisów. Tyle że w ostatnich latach prawo już wielokrotnie zaostrzano. Wzrosły mandaty, wprowadzono recydywę, zwiększono liczbę punktów za najpoważniejsze wykroczenia, rozszerzono przypadki zatrzymywania prawa jazdy, a w 2026 roku weszły kolejne przepisy dotyczące skrajnie niebezpiecznej jazdy, nielegalnych wyścigów i driftowania.
Można oczywiście dokręcić śrubę jeszcze bardziej. Podnieść mandaty, zwiększyć liczbę punktów albo obniżyć próg, przy którym kierowca traci prawo jazdy. Albo dodać nową kategorię prawa jazdy, z górnym limitem mocy pojazdu. Tylko co dokładnie miałoby to zmienić w przypadku takim jak krakowski?
Jeżeli potwierdzi się 70 km/h w strefie 30, kierowca złamał przepis, który już obowiązuje. Nie potrzebował do tego 333 KM. Może więc problem nie polega na tym, że kary są wciąż za niskie, a auta - zbyt mocne?
Kary to jedno. Jest jeszcze szkolenie kierowców
Znacznie rzadziej niż o nowych zakazach i wyższych mandatach rozmawiamy o umiejętnościach. Nie chodzi o naukę szybkiej jazdy czy efektownego wychodzenia z poślizgu. Jazda defensywna polega przede wszystkim na obserwowaniu otoczenia, przewidywaniu zagrożeń i zostawianiu sobie marginesu na błąd - własny albo kogoś innego. A gdy sytuacja nagle wymaga reakcji, ogromne znaczenie mają odruchy kierowcy.
Nowoczesne samochody są coraz szybsze, ale jednocześnie bardzo łatwe w prowadzeniu. Golf R jest tego dobrym przykładem. Sam pisałem po teście, że błyskawicznie buduje zaufanie, a jego stabilność potrafi skutecznie ukryć rzeczywiste tempo jazdy. To nie jest wada samochodu. Kierowca musi jednak mieć tego świadomość.
Możemy więc po każdej tragedii podnosić wysokość mandatów. Możemy też zastanowić się, czy szkolenie kierowców wystarczająco przygotowuje ich do sytuacji, w której coś nagle idzie nie tak.
333 KM dobrze wygląda w nagłówku. Problem był znany wcześniej
Z ustalonych dotąd faktów bardzo łatwo stworzyć gotowy portret: 26-latek, świeżo kupiony Golf R, 333 KM i praca związana z motoryzacją. Taki zestaw aż prosi się o prostą tezę, że młody kierowca dostał w ręce zbyt szybki samochód. Tyle że to wciąż tylko narracja. Przyczyna utraty kontroli nad autem nadal nie została ostatecznie ustalona.
Nie wiemy, jaki manewr poprzedził utratę kontroli, jak zachował się kierowca i czy znaczenie miały jeszcze inne okoliczności. Wiemy jedynie, że według pierwszych ustaleń mógł jechać około 70 km/h w strefie 30. To zdecydowanie za szybko. Ale nie jest to prędkość, przy której Golf R nagle staje się samochodem nie do opanowania.
Według najnowszych informacji z prokuratury podawanych na łamach Polsatnews.pl, przesłuchiwany kierowca Golfa nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa, wyjaśniając, że przyczyną tego, iż nie opanował pojazdu, była nierówna nawierzchnia drogi. Stracił panowanie nad samochodem, chciał wyprowadzić auto z poślizgu, co mu się nie udało, samochód się obrócił i uderzył w pieszych.
I być może w tej historii warto spojrzeć jeszcze gdzie indziej. Po wypadku pojawiła się zapowiedź montażu progów zwalniających w miejscu tragedii. Tyle że o uspokojenie ruchu w tej części Podgórza radni i mieszkańcy zabiegali już wcześniej. Problem szybkiej jazdy był znany, odbywały się konsultacje, kierowano tam dodatkowe patrole i rozmawiano o zmianach infrastruktury. Teraz zapewne będzie łatwiej znaleźć pieniądze, zgodę i uzasadnienie.
Tak często wygląda dyskusja o bezpieczeństwie na polskich drogach. Po tragedii analizujemy moc samochodu, wiek kierowcy, wysokość mandatu i zastanawiamy się, jaki kolejny przepis trzeba napisać.
A czasem najważniejsze pytanie brzmi znacznie prościej: dlaczego na zmiany infrastruktury w miejscu, o którym od dawna wiadomo, że jest niebezpieczne, trzeba czekać aż wydarzy się tragedia?










