W skrócie
- Raport Warsaw Enterprise Institute wskazuje na ogromną różnicę w zagęszczeniu oznakowania - na 20-kilometrowej trasie w Warszawie naliczono 483 znaki przy 185 w Nowym Jorku.
- Nadmiar znaków drogowych w Polsce utrudnia kierowcom percepcję kluczowych informacji, co zgodnie z badaniami może zajmować nawet jedną piątą czasu przejazdu na danej trasie.
- Kontrola Najwyższej Izby Kontroli wykazała nieprawidłowości na 63 proc. skontrolowanych tras, w tym przypadki oznakowania niezgodnego z przepisami lub wprowadzającego w błąd.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Punktem wyjścia do porównania przygotowanego przez Warsaw Enterprise Institute (WEI) była 20-kilometrowa trasa w Warszawie oraz przejazd w Nowym Jorku o tej samej długości. Co ważne, warszawska trasa nie została wybrana przypadkowo, a autor raportu "Radary, mandaty i dżungla znaków" wyznaczył ją za pomocą Google Maps wybierając najszybszą dostępną trasę. W Nowym Jorku analizowano przejazd z dzielnicy Jamaica na Queens do Empire State Building.
483 znaki w Warszawie i 185 w Nowym Jorku. To tylko 20 km trasy
Wynik tego zestawienia może zaskoczyć. Na warszawskiej trasie kierowca minął 483 znaki pionowe, podczas gdy na porównywalnym odcinku w Nowym Jorku naliczono ich 185. Oznacza to, że w Warszawie było ich ponad 2,5 razy więcej. To nie jedyna różnica - nad Wisłą trasa miała 21 progów spowalniających, 15 skrzyżowań i przejść dla pieszych z sygnalizacją oraz cztery fotoradary. W Nowym Jorku nie było progów, sygnalizacja występowała w 16 miejscach, a trzy urządzenia służyły do kontroli korzystania z buspasów, a nie prędkości.

Raport WEI nie twierdzi oczywiście, że każdy dodatkowy znak pogarsza bezpieczeństwo. Problem zaczyna się wtedy, gdy liczba komunikatów jest tak duża, że kierowca przestaje być w stanie odpowiednio szybko wyłapać ten najważniejszy.
Kierowca nie jest w stanie odczytać wszystkich znaków
Autor raportu zwraca uwagę na czas potrzebny na percepcję pojedynczego znaku. Według zewnętrznych badań przyjąć należy średnio około 0,6 sekundy skupienia wzroku na jednym oznaczeniu w terenie zabudowanym. Przy 483 znakach samo zapoznanie się z nimi wymaga więc około pięciu minut. W warunkach płynnego ruchu może to stanowić około jednej piątej całego czasu przejazdu analizowaną trasą.
I właśnie tutaj pojawia się problem, bo kierowca powinien przede wszystkim obserwować drogę, innych uczestników ruchu, sygnalizację i sytuację zmieniającą się przed samochodem. Jeżeli jednocześnie musi analizować kilkanaście różnych komunikatów to rośnie ryzyko, że przeoczy ten, który w danym momencie ma największe znaczenie.
NIK potwierdza problem. 63 proc. tras miało nieprawidłowości
Znacznie bardziej niepokojąco wyglądają wyniki kontroli Najwyższej Izby Kontroli. NIK skontrolowała łącznie 211,71 km dróg publicznych i 178 skrzyżowań i na 63 proc. przeanalizowanych odcinków stwierdzono niezgodności organizacji ruchu z przepisami.
Kontrolerzy wykazali 1179 niewłaściwie ustawionych znaków i urządzeń, w tym 395 przypadków oznakowania niezgodnego z zatwierdzonymi projektami oraz 370 znaków ustawionych niezgodnie z przepisami. Kolejne były nieczytelne, uszkodzone lub wprowadzały kierowców w błąd.

Co więcej, NIK ustaliła, że 21 proc. skontrolowanych organizacji ruchu wprowadzało kierujących w błąd, było nieczytelne, zawierało błędne rozwiązania albo wymagało nadmiernego skupienia uwagi. Na 31 proc. odcinków widoczność oznakowania ograniczały natomiast reklamy lub roślinność.
Polska ma aż 331 organów odpowiedzialnych za organizację ruchu
Problem ten może wynikać także z samego sposobu zarządzania drogami. W Polsce funkcjonuje aż 331 organów zarządzających ruchem i taki rozproszony system sprawia, że oznakowanie może być efektem wielu niezależnych decyzji.
Dobrym przykładem jest warszawskie rondo Zgrupowania AK "Radosław", gdzie w jego obrębie naliczono 147 znaków. W promieniu 200 metrów od ronda w latach 2022-2023 doszło do 198 wypadków i kolizji. NIK nie stwierdziła jednak, że przyczyną tych zdarzeń była sama liczba znaków - wskazała natomiast, że ich zagęszczenie może ograniczać percepcję oznakowania.
Lekarstwem na bezpieczeństwo nie jest kolejny znak na polskich drogach
Łatwo zauważyć, że w Polsce notorycznym ratunkiem na każdy problem drogowy jest kolejny znak czy ograniczenie. To oczywiście najłatwiejszy sposób, aby poinformować kierowców o zagrożeniu czy wymusić obniżenie prędkości ze względu na słaby stan nawierzchni. Po dekad takich praktyk rodzime drogi zasypują zmotoryzowanych najróżniejszymi informacjami, a wśród nich niestety coraz częściej przebijają się kolorowe banery reklamowe. W rzeczywistości kierowcy nie potrzebują większej liczby znaków - potrzebują takich, które są czytelne i w miejscu, w którym są potrzebne.










