10 tys. zł kary za każde auto. Ważą się losy samochodów spalinowych w UE
Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA) prognozuje, że do wyznaczonego na 2030 przez Komisję Europejską średniego limitu emisji CO2 dla nowych aut sprzedawanych w UE zabraknie około 26 gramów. By tego uniknąć liczba sprzedawanych w UE samochodów elektrycznych musi trzykrotnie wzrosnąć. W przeciwnym wypadku producentom grożą gigantyczne kary - ponad 10 tys. zł za każde sprzedane auto.

W skrócie
- Do 2030 roku średni poziom emisji CO2 nowych samochodów sprzedawanych w UE może być o 26 gramów wyższy niż docelowy, jeśli liczba aut elektrycznych nie wzrośnie trzykrotnie.
- Producenci samochodów ostrzegają przed groźbą utraty miejsc pracy i wysokimi kosztami, wskazując na konieczność większej elastyczności przepisów dotyczących udziału aut spalinowych po 2035 roku.
- Niewystarczające tempo wzrostu sprzedaży aut elektrycznych może skutkować nakładaniem na producentów kar w wysokości ponad 10 tys. zł za każdy samochód nie spełniający limitów emisji.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
W ostatnich tygodniach w Parlamencie Europejskim trwają ożywione dyskusje dotyczące przeglądu rozporządzenia w sprawie emisji CO2 dla samochodów osobowych i dostawczych. Chodzi o proponowane jeszcze w ubiegłym roku rozwiązania dopuszczające rejestrację na terenie UE samochodów spalinowych po roku 2035.
Koniec zakazu rejestracji aut spalinowych to zasłona dymna?
Przypomnijmy - w końcu ubiegłego roku poznaliśmy propozycje złagodzenia kursu na elektromobilność i przynajmniej teoretycznego wycofania się Komisji Europejskiej z "zakazu rejestracji samochodów spalinowych". Plany KE dopuszczają teraz udział 10 proc. aut spalinowych w ogóle rejestracji po 2035 roku, ale pod warunkiem, że ich emisja równoważona będzie wykorzystaniem paliw odnawialnych i tzw. ekologicznej zielonej stali.
Branża motoryzacyjna określa je mianem "zakazu rejestracji spalinówek wprowadzanym tylnymi drzwiami" i apeluje o "większą elastyczność technologiczną", która w jej opinii pozwoliłaby uchronić przed likwidacją tysiące zagrożonych likwidacją miejsc pracy.
Jak tłumaczy w rozmowie z Interią Jakub Faryś - prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego - propozycje KE są w istocie zmianą narracji, która jednak nie przekładają się na rzeczywistą zmianę kursu.
Udział samochodów spalinowych na poziomie 10 proc. w warunkach rynków UE oznacza milion aut rocznie. W Europie mamy 20-30 marek motoryzacyjnych. Jeżeli każda z nich będzie chciała utrzymać w ofercie zaledwie 2 modele aut spalinowych daje to około 60 modeli. To kilkanaście tysięcy sztuk na model. Który z producentów będzie mógł pozwolić sobie na ponoszenie gigantycznych kosztów pełnej homologacji europejskiej modelu dla 15 tys. rejestracji rocznie? To się nigdy nie zwróci
Tysiące ludzi w UE na bruk. Wszystko przez samochody elektryczne?
Nie dziwi więc, że w kuluarach brukselskich instytucji trwają właśnie przepychanki lobbystów starających się przekonać unijnych urzędników do zmiany przepisów wyznaczających tempo transformacji przemysłu motoryzacyjnego. 13 maja dojść miało np. do spotkania z przedstawicielami unijnych władz reprezentantów czołowych europejskich producentów samochodów (m.in. Volkswagena, BMW i Mercedesa). Media nie donoszą o jego przebiegu, ale śmiało założyć można, że celem było przekonanie unijnych decydentów do złagodzenia tempa przechodzenia na elektromobilność.
VDA, czyli Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego (VDA) ostrzegało niedawno, że w przeciwnym wypadku, do 2035 roku, w samych tylko Niemczech zatrudnienie przemyśle motoryzacyjnym w Niemczech straci około 225 tys. osób.
- Exodus inwestycji i zatrudnienia nie będzie pozbawiony konsekwencji dla dobrobytu naszego kraju, ani dla jego stabilności społecznej i politycznej. Ta transformacja jest bolesna, tym bardziej istotne, by wyciągnąć z niej właściwe wnioski. Wszystko, co sprzyja wzrostowi, musi mieć najwyższy priorytet w Brukseli i Berlinie - przekonuje przewodniczący VDA Hildegard Müller.
W opinii niemieckiego stowarzyszenia ratunkiem dla nawet 50 tys. pracowników niemieckich producentów byłoby "większa otwartość technologiczna" UE, co w tym konkretnym przypadku oznaczać ma "przypisanie bardziej znaczącej roli hybrydom plug-in (PHEV), elektrykom ze spalinowymi "przedłużaczami zasięgu" i silnikom spalinowym - w tym silnikom spalinowym zasilanym paliwami odnawialnymi".
To elektryki uratują miejsca pracy w Europie? UE nie mówi jednym głosem
Perspektywę utraty miejsc pracy starają się też kreślić przeciwnicy zwalniania tempa przechodzenia na elektromobilność. Proekologiczna organizacja lobbystyczna Transport&Environment przekonuje np. poluzowanie celów klimatycznych, czego domaga się np. Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA), może skutkować spadkiem prognozowanej produkcji aut elektrycznych. W opinii T&E w takim scenariuszu Europa stracić może blisko 47 tys. miejsc pracy - głównie w fabrykach baterii dla pojazdów elektrycznych.
- Od Chin po Chile pojazdy elektryczne są dziś główną siłą napędową globalnego przemysłu motoryzacyjnego. Jeśli Europa utrzyma produkcję we własnych granicach, może znaleźć się wśród liderów budowy nowoczesnego przemysłu czystych technologii. Złagodzenie celów klimatycznych dotyczących samochodów zwiększyłoby jednak przewagę Chin i mogłoby doprowadzić do utraty rozwijających się sektorów przemysłu akumulatorowego oraz elektromobilności - przekonuje Julia Poliscanova, dyrektor ds. pojazdów elektrycznych i elektromobilności w Transport&Environment.
10 tys. zł kary za każde auto? W UE potrzeba trzy razy więcej elektryków
Przepychanki lobbystów toczą się w tle dyskusji o przyszłych limitach emisji CO2 dla nowych samochodów. Przypomnijmy, że występujący w świadomości społecznej "zakaz rejestracji aut spalinowych w UE w 2035 roku" to w istocie nowy limit emisji CO2 dla nowo-rejestrowanych pojazdów.
Aktualnie producentów pojazdów obowiązuje wyznaczony przez Komisję Europejską średni limit 93,6 grama CO2/km, co odpowiada średniemu zużyciu paliwa na poziomie około 4,1 l benzyny na 100 km.
Mimo rosnącego udziału rynkowego samochodów elektrycznych większości producentów wciąż nie udało się osiągnąć tej granicy. Z danych niemieckiego Federalnego Urzędu Transportu Drogowego (KBA) wynika, że średnia emisja dla nowo rejestrowanych w kwietniu 2026 roku samochodów osobowych w Niemczech (największy pojedynczy rynek motoryzacyjny w UE) wyniosła 97,6 grama CO2/km. To wynik o blisko 11 proc. lepszy niż przed rokiem, ale wciąż wyższy od wyznaczonego celu.
Kolejne obniżenie limitu - tym razem do 49 gramów CO2, czyli ekwiwalentu średniego zużycia benzyny na poziomie 2,12 l/100 km - nastąpić ma w 2030 roku. Osiągnięcie celu wymagałoby potrojenia udziału w rynku pojazdów elektrycznych w ciągu zaledwie trzech lat - wyliczają przedstawiciele ACEA
Z ich prognoz wynika, że przy obecnym tempie wzrostów sprzedaży samochodów elektrycznych w UE, rzeczywista emisja z nowych aut w 2030 roku wynosić będzie około 76 gramów CO2/km. W stosunku do wyznaczonego celu brakować może aż 26 gramów, co z perspektywy producentów oznacza astronomiczną karę - 2470 euro (blisko 10,5 tys. zł) za każdy sprzedany w UE samochód osobowy.
Samo ACEA podkreśla, że limity na 2030 rok to "dobry kierunek" ale domaga się od KE wprowadzenia "mechanizmów kompensacyjnych", jak np. poprzez uwzględnienie w szacunkach na 2030 rok (podobnie jak w propozycji na rok 2035) udziału materiałów takich jak zielona stal czy paliw niskoemisyjnych.
- Cele UE w zakresie emisji CO2 na rok 2030 to właściwy kierunek. Droga do celu wymaga ponownego określenia. Ramy prawne, które karzą producentów za okoliczności pozostające poza ich kontrolą, nie służą transformacji - apelują przedstawiciele ACEA.









