Reklama

Land Rover Defender– w ciężki teren w garniturze

Defender może nie jeździ po asfalcie jak typowy SUV, ale pomijając jego rozmiary i miękkie zawieszenie, prowadzi się go całkiem dobrze. 2-litrowy diesel rozpędza go do 100 km/h w 9,1 s, 8-biegowy "automat" sprawnie zmienia przełożenia, a lista dostępnego wyposażenia jest naprawdę długa. Możemy zamówić elektrycznie sterowane fotele z podgrzewaniem, wentylacją i pokryte skórą Windsor, nagłośnienie Meridian, zestaw asystentów kierowcy oraz trójstrefową klimatyzację automatyczną. Jeśli więc ktoś ma ochotę na offroad z odrobiną luksusu, to nie ma problemu.

Reklama

Nowy Defender sprawdzi się także jako auto rodzinne. Oferuje mnóstwo miejsca, a jego bagażnik ma 743 l pojemności. Dostępny jest też w konfiguracji sześcioosobowej (z awaryjnym miejscem między przednimi fotelami) lub siedmioosobowej (z trzecim rzędem siedzeń).

Jeep Wrangler, główny rywal Defendera, był przez lata unowocześniany i w jego obecnej odsłonie również znajdziemy sporo elektroniki, udogodnień i rozwiązań z zakresu komfortu. Amerykanie zachowali jednak charakter swojej terenówki, tak pod względem stylistyki, jak i prostoty rozwiązań (mechanicznie zapinany napęd i reduktor, zawieszenie na sprężynach). Land Rover postanowił pójść inną drogą i stworzył coś, co możemy raczej nazwać "duchowym" następcą. To teraz połączenie rasowej terenówki z SUVem, która na cel bierze raczej Toyotę Land Cruiser oraz Mercedesa klasy G. Połączenie wyszło wyjątkowo udane, pytanie tylko czy tego właśnie oczekiwali klienci.

Land Rover Defender w wersji długiej (110) to wydatek przynajmniej 267 800 zł za egzemplarz z 200-konnym dieslem. Testowana, mocniejsza wersja (240 KM) z drugim z czterech wyposażeniem S i paroma dodatkami kosztowała już 350 tys. zł.

Michał Domański

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje