Reklama

Spisek producentów? Zobacz, jak zdziera się z kierowców na częściach!

Zaletą obcowania ze współczesną motoryzacją jest nieustanna konieczność samodoskonalenia. Nawet jeśli pozjadałeś wszystkie rozumy i sądzisz, że nic cię już nie zaskoczy, trafiasz w końcu na auto, przy którym, po prostu, opadnie ci szczęka.

Producenci stają na głowie, by efekt taki uzyskać zaraz po tym, jak klient pojawi się w salonie i - trzeba przyznać - idzie im to całkiem nieźle. Sęk w tym, że liczba zachwytów nad nowymi technologiami jest wprost proporcjonalna do liczby przekleństw, jakie padną, gdy skończy się już gwarancja, a auto - po raz pierwszy - pojawi się w niezależnym warsztacie.

Reklama

Ostatnio, na przykładzie wymiany tulei stabilizatora, mówiłem o tym, w jaki sposób dba się o stały napływ gotówki do autoryzowanych stacji obsługi. Niestety, budowanie aut tak, by prosta czynność obsługowa wymagała zaangażowania wykwalifikowanego mechanika na pięć godzin to niejedyna możliwość wydrylowania waszych kieszeni. Ogromne pole do popisu daje też sama konstrukcja poszczególnych podzespołów.

Postęp, jaki dokonał się w ostatnim czasie w motoryzacji prześledzić można chociażby na przykładzie Volkswagena Golfa. Przyjrzyjmy się jednemu z podstawowych elementów eksploatacyjnych - łożysku przedniego koła.

W przypadku Golfa II generacji za zamiennik renomowanej firmy zapłacimy w sklepie niespełna 40 zł. Ta sama część do Golfa VI kosztować nas będzie, co najmniej, 400 zł. Wniosek? Na przestrzeni zaledwie czterech generacji konstruktorom udało się osiągnąć aż dziesięciokrotny wzrost kosztów naprawy!

W jaki sposób udało się dokonać tak cudownej optymalizacji? Kluczem - i zarazem wytrychem do waszych kieszeni - jest słowo integracja. Zamiast ograniczać się do wymiany samego łożyska, element eksploatacyjny zintegrowano z piastą koła. Samej piasty nie wymienilibyście nigdy - to zwykły stalowy odlew, którego - za cholerę - nie da się zepsuć. Ale, ale - jeśli na stałe połączymy ją z łożyskiem - po 80 tys. km stanie się bezużytecznym złomem (ten sam manewr stosują dziś producenci pralek integrując łożyska z bębnem...).

Kilka dni temu w szczery zachwyt dla inwencji twórczej konstruktorów wprawił mnie również, odwiedzający zaprzyjaźniony warsztat, poczciwy Peugeot 307. W jego przypadku łożysko tylnego koła zintegrowane zostało z... tarczą hamulcową (identyczny patent zastosowano w Renault Lagunie II generacji). To się dopiero nazywa geniusz. Zamiast kasować klienta po stówie za tarczę można wprasować w nią łożysko i na "dzień dobry" wołać "pińcet". Teoretycznie można rzecz jasna wymienić samo łożysko, ale spróbujcie wymienić samą tarczę...

Ze swojej strony przepraszam, że do zobrazowania "planowanego postarzania produktu" sięgnąłem po przykłady z niemieckiego i francuskiej podwórka. Te - po prostu - najbardziej utkwiły mi w pamięci. Tego typu zabiegi - w większym lub mniejszym stopniu - stosują dziś wszyscy producenci. Ciut mniej powodów do obaw mogą mieć, co najwyżej, miłośnicy włoskiej motoryzacji. Zanim zacznie się myśleć o planowanym postarzaniu produktu, najpierw trzeba się jeszcze uporać z tym nieplanowanym...

Paweł Rygas

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje