Dakar 2014. Sonik: Prawie wyzionąłem dzisiaj ducha

Liczący 635 kilometrów odcinek specjalny na trasie z Iquique do Antofagasty nie okazał się szczęśliwy dla Rafała Sonika.

Kapitan Poland National Team od pierwszych kilometrach miał kłopoty z oponą i choć walczył z awarią na wszelkie możliwe sposoby, zmagał się z nią aż do mety. - Prawie wyzionąłem dzisiaj ducha. I to kilka razy - mówił na mecie wyczerpany quadowiec.

Reklama

To był jeden z najdłuższych odcinków specjalnych tegorocznego Dakaru. Od samego startu, jak z procy wystrzelił Sebastian Husseini. Holender szybko zbudował sobie ponad 30-minutową przewagę nad Rafałem Sonikiem oraz Ignacio Casale i Sergio Lafuente, którzy zgubili trasę, próbując ją skrócić. Krakowianin także nie uniknął kłopotów i to znacznie poważniejszych. Na samym początku z lewego, tylnego koła jego quada zaczęło uchodzić powietrze i cały dystans pokonał na kapciu...

- Kilkadziesiąt razy stawałem i pompowałem koło, wstrzykiwałem specjalną piankę, polewałem wodą, toczyłem, osłuchiwałem i nic! Wszystko bez skutku. Okazało się, że na całej długości był minimalnie popuszczony rant felgi i nie miałem cienia szansy, żeby znaleźć przyczynę awarii - powiedział krakowianin, który do mety dotarł po sześciu godzinach i 32 minutach walki.

Uciekające z opony powietrze nie tylko zmniejszyło ogólne tempo jazdy Sonika, ale miało dodatkowe reperkusje. - Żadnego skrętu w lewo nie mogłem pokonywać z normalną prędkością, bo gdybym dobił oponę do kamienia, czy głazu i rozciął jej krawędź, to w następstwie zaczęłaby się rozdzierać i prawdopodobnie w ogóle bym nie dojechał. Musiałem być super ostrożny, a jak łatwo sobie wyobrazić, skrętów w lewo na tak długiej trasie było pewnie kilka tysięcy.

- Gdyby nie solidne przygotowania fizyczne mógłbym dziś sobie nie poradzić. W takiej sytuacji quad prowadzi się dużo trudniej i każdy manewr wymaga znacznie większego wysiłku - dodał.

Polski jedynak w stawce quadów mimo sporej straty do czołówki, zachował trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Sebastian Husseini, który do tej pory próbował ścigać go z czwartej pozycji, po przejechaniu pasa wydm, zbyt agresywną jazdą doprowadził do awarii swojego czterokołowca. - Mijałem go na 180-kilometrowym odcinku neutralizacji. Zepsuło mu się łożysko w przednim kole i obawiałem się, czy w ogóle dojedzie do mety - mówił "SuperSonik".

- Smutne jest to, że dwóch liderów używa zewnętrznej pomocy na odcinkach specjalnych, co jest niedozwolone. Gdybym ja dzisiaj mógł zachować się jak oni, to prawdopodobnie byłbym na mecie godzinę szybciej. Przykre, że również organizatorzy nie wyciągają wniosków z poprzednich lat. Najważniejsze jednak, że jedziemy dalej i mamy jeszcze trzy etapy do mety! - zakończył.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje