Hungaroring...

Fani szalonej prędkości na pewno pamiętają o tym, że najbliżej Polski bolidy Formuły 1 oglądać można w Budapeszcie. Znany od lat z zawodów w tej dyscyplinie tor Hungaroring, położony po wschodniej stronie stolicy Węgier, rokrocznie przyciąga rzesze fanów tego szybkiego sportu. Dziesiątki tysięcy ludzi siadają na trybunach, aby podziwiać wyścigi ośmiusetkonnych maszyn i ich sławnych jeźdźców. Nazwiska niemieckich, włoskich i amerykańskich kierowców mają w sobie magnes, który przyciąga ludzi z najodleglejszych zakątków świata. Samoloty lądujące na stołecznym budapeszteńskim lotnisku przywożą turystów z całego świata.

Następnie helikopterami, autobusami, taksówkami zmierzają oni na tor. W sobotę i niedzielę kolorowy tłum zapełnia ławki i trybuny; powiewają kolorowe flagi, przeważnie zresztą z symbolem scuderia Ferrari. Wokół toru rozkładają się namiotami restauracje, kramy z firmowymi ubraniami teamów, firmy oponiarskie i inne instytucje związane z branżą motoryzacyjną. Parkingi wokół toru, w większości zaaranżowane naprędce z okolicznych łąk, zapełnione są prawie po brzegi. Dwa campingi stają się ostoją holenderskich i niemieckich turystów z ich ogromnymi przyczepami i kamperami.

Reklama

Można mieć oczywiście zastrzeżenia do zaplecza i jakości parkingów. Można powiedzieć, że do poziomu toru w Hockenheim czy portugalskiego Estorilu brakuje jeszcze dużo. Że krzesełka mogłyby być wygodniejsze a drogi dojazdowe szersze. Że telebimy mogłyby być większe. Ale jednak raz w roku na linii startu pojawiają się te najbardziej oczekiwane pojazdy, jednak walczą o prymat właśnie tam. Dlaczego akurat tor w małych Węgrzech, borykających się z problemami gospodarczymi podobnymi do naszych zasłużył na ryk dziesięcio- i dwunastocylindrowych potworów a żaden polski tor nie jest w stanie na to się zdobyć? Dlaczego nie tylko na Węgrzech, ale także w Czechach tor w Brnie staje się areną międzynarodowych zawodów motocyklowych i F3000? W czym jesteśmy gorsi?

Nasze tory są w opłakanym stanie. Część z nich wymaga inwestycji związanych z poprawą bezpieczeństwa i komfortu (jak Poznań). Inne wymagają inwestycji zasadniczych, pozwalających im tak naprawdę stać się torem a nie tylko kawałkiem asfaltowej szosy w lesie, służącej głównie grzybiarzom w przemieszczaniu się pieszo między zagajnikami. Inne jeszcze są dawnymi wojskowymi lotniskami, bronionymi przed zagospodarowaniem podobnie jak niepodległość. Ciągłe kłótnie, przepychanki i wyraźna niechęć do postępu i komercjalizacji zamyka drogę na tory tunerom, ścigantom, zwykłym amatorom szybkiej jazdy i w efekcie – także sportowcom najwyższego formatu. Ostatecznie na torach świata brylują Niemcy, Czesi również zdobywają coraz więcej laurów. A Polacy? Polacy zastanawiają się poważnie, czy przypadkiem auto wymagające testów torowych nie zakłóci nadmiernie spokoju kierownika toru, gdy team przywiezie go, aby wykonać próby. Pół biedy, gdy team jest bogaty i po prostu zawiezie swoje auto do Niemiec, gdzie z pocałowaniem ręki pojeździ sobie po arenach mistrzów – jak tylko zapłaci. Biedniejsi krajowi ściganci nie będąc w stanie pozwolić sobie na wożenie swojego auta setki kilometrów w kierunku normalności, zawsze próby te wykonać mogą na drogach podmiejskich czy osiedlowych. Cóż, że zagrażają życiu i zdrowiu przechodniów i innych kierowców? O to już głowa nie boli nikogo w polskich automobilklubach. Przecież zresztą na pewno wkrótce jakieś wybory i trzeba raczej myśleć o polityce a nie o jakichś tam działaniach statutowych i przyszłości polskiego motosportu.

Może tekst ten wyda się Wam nazbyt cierpki. Ale ja po prostu pojechałem na Hungaroring. I widząc te wszystkie niedociągnięcia organizacyjne zamarzyłem sobie – żeby u nas było chociaż tak źle jak w kraju Węgrów... Tomasz Pirowski, Vtech Tuning

Dowiedz się więcej na temat: hungaroring

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje