Diabeł tkwi w szczegółach

Pomimo iż tuning ma bardzo wielu fanów, niestety, nie każdy z nich może pozwolić sobie na poważniejsze modyfikacje. Ograniczeniem są najczęściej koszty, niekiedy również przeraża konieczność pozostawienia auta na dłuższy czas w zakładzie tuningowym. Niestety, znaczące przeróbki zwykle nie mogą zostać rozłożone na "raty", bądź też wykonywanie takich operacji wieloetapowo nie gwarantuje stabilnego i dobrego wyniku.

Przypuszczalnie dlatego wiele osób decyduje się na szeroko reklamowane elementy, których instalacja w aucie jest prosta i daje (a przynajmniej - ma dać) określoną ilość tzw. procentów mocy. Zwyczajowo procenty te są dodawane przez użytkowników, przez co przynajmniej w naszym kieszonkowym kalkulatorze doprowadzić można do podwojenia mocy auta. Oczywiście w podobnej proporcji poprawia się samopoczucie właściciela "potwora", jakim niewątpliwie jawi się samochód po założeniu pięciu dodatków, z których każdy (zgodnie z danymi producenta) podniósł moc o 10 proc.

Reklama

Niestety, spora część owych "procentów" dość gwałtownie wietrzeje po przetestowaniu osiągów auta na hamowni. Warto w tym momencie zastanowić się nad genezą takiego zjawiska. Okazuje się, że wbrew moim jakże złośliwym sugestiom, wina nie zawsze lub nie w pełni tkwi po stronie producenta wymienionych drobnych usprawnień i gadżetów. Warto pokazać to na przykładach.

Jednym z najpopularniejszych dodatków jest filtr powietrza. Standardowy filtr dostarczany przez producenta samochodu wykonany jest z masy papierowej. Filtr taki jest skuteczny, jednak stosunkowo szybko, szczególnie w polskich warunkach drogowych, zatyka się. Można zastąpić go filtrem bawełnianym, który działa również dość skutecznie, stawiając jednocześnie mniejszy opór powietrzu. Firmy oferujące takie filtry mają gotowe wkłady pasujące do oryginalnej puszki filtra kilku najpopularniejszych modeli. Najczęściej jednak zakładane są tzw. grzybki; czyli uniwersalne filtry pasujące do rury ssącej o określonej średnicy. Puszka filtra ulega wówczas demontażowi.

Zasadniczy kłopot tkwi jednak w szczegółach - co prawda filtr taki może nieznacznie poprawić osiągi samochodu, jednak auto nie może być karmione wrzątkiem, jaki niewątpliwie jest zasysany, gdy filtr tkwi pod maską bez żadnych osłon. Puszka dostarczona przez producenta gwarantowała zasysanie powietrza chłodnego, ewentualnie mieszanego częściowo z ciepłym - a proporcje regulowane były najczęściej za pomocą termostatu. "Grzybek" zasysając gorące, a więc rozrzedzone powietrze prowadzi do pogorszenia osiągów auta i przyśpieszonego zużycia silnika. W zimie natomiast często powietrze zasysane, szczególnie podczas eksploatacji auta na krótkich odcinkach, pozostaje zbyt zimne przez zbyt długi okres.W efekcie zużycie silnika postępuje znacznie szybciej, a efekty takiego tuningu są żadne albo wręcz ujemne.

Innym popularnym elementem są świece "sportowe". Rozmaici producenci dostarczają świece o parametrach lepszych niż klasyczne (np. zapalających mieszankę więcej niż w jednym punkcie naraz) - przeważnie jednak są to świece przystosowane do pracy w wysilonych silnikach, o większej niż standardowa przewodności cieplnej. Użytkownicy takich świec powinni być jednak świadomi, że w krótkim czasie elektrody pokryją się nagarem i efekt będzie odwrotny do zamierzonego - auta nie uda się po prostu odpalić po nocy na mrozie albo też podczas jazdy silnik zacznie przerywać... Świece sportowe są wymienianie niezmiernie często oraz pracują w silnikach wytwarzających znacznie więcej ciepła niż nasze typowe samochody.

Bardzo popularne wśród młodych zapaleńców "szybkich bryk" jest usunięcie katalizatora i zastąpienie go np. kawałkiem rury. To tak zwane "uwolnienie wydechu" dostarczyć ma nawet 10 proc. mocy oraz zapewnić basowe brzmienie - to ostatnie najczęściej w połączeniu z wymianą ostatniego tłumika na pustą w środku puszkę szumnie zwaną "tłumikiem sportowym". Oczywiście niekiedy może to się udać, ale najczęściej zaburzenie efektów rezonansowych w wydechu prowadzi do pogorszenia opróżniania spalin z cylindrów. Jako premię otrzymujemy również zakłócenie pracy sondy Lambda, więc i pracy auta na wolnych obrotach oraz pogorszenie składu spalin, które może przyprawić o palpitację serca technika badającego ich skład podczas przeglądu rejestracyjnego. Układ wydechowy jest stosunkowo trudny do poprawnej modyfikacji i demolowanie go przez usuwanie rozmaitych jego kawałków nie jest dobrym pomysłem.

Przykłady takie można mnożyć bez ograniczeń. Diabeł, ukryty w szczegółach, potrafi być naprawdę złośliwy i zamiast zwiększyć moc, pogarsza osiągi. Poprawa zazwyczaj dotyczy samopoczucia posiadacza. Wszystko jednak wskazuje na to, że dla nazbyt wielu amatorów tuningu zdrowie psychiczne jest rzeczą najważniejszą. TOMASZ PIROWSKI V-TECH TUNING

Dowiedz się więcej na temat: tuning | Auta | szatan

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje