Samochód, który pali mniej niż 3 litry "ropy" na 100 km.

Paliwo jest coraz droższe. Chcielibyście jeździć samochodem, który pali mniej niż 3 litry oleju napędowego na 100 km? Jest to możliwe, pod dwoma warunkami.

Najpierw trzeba pogodzić się z brakiem wygód, uodpornić się na uśmieszki znajomych i kupić sobie mikrosamochód, a konkretnie smarta fortwo. Wymóg numer dwa, to opanowanie sztuki eco-drivingu na poziomie reprezentowanym przez prawdziwego mistrza w tej dziedzinie, Brytyjczyka Micka Linforda.

Reklama

To właśnie on, zasiadając za kierownicą smarta fortwo CDI z silnikiem diesla o mocy 54 KM, został zwycięzcą tegorocznej edycji MPG Marathon, prestiżowej imprezy dla miłośników "jazdy na kropelce". Trasa rozgrywanego już po raz 11 rajdu liczyła prawie 600 km i prowadziła przez pagórkowate tereny południowej Anglii, nie omijając, dla utrudnienia zadania zawodnikom, miast.

Samochód prowadzony przez legendarnego "Eco Micka" spalił średnio 2,85 l oleju napędowego na 100 km. Kierowca nie był jednak do końca z tego wyniku zadowolony, co wiąże się z odmiennym sposobem podawania zużycia paliwa w krajach anglosaskich. Podstawowym wskaźnikiem jest tam liczba mil (1 mila = 1,609 km) przejeżdżanych przez pojazd na jednym galonie (1 galon ang. = 4,546 l). Informacji o spalaniu towarzyszy zatem skrót mpg (miles per gallon). Z tego punktu widzenia Mick Linford osiągnął rezultat 99,24 mpg, choć, jak sam przyznał, mierzył w wynik trzycyfrowy - ponad 100 mpg.

Tak czy inaczej brytyjskie media motoryzacyjne rozpływają się w zachwytach, a organizatorzy MPG Marathon zapowiadają, że smart fortwo, trzykrotny zwycięzca tej imprezy, zostanie wyłączony z następnych jej edycji, aby dać szansę innym pojazdom. Sam Mick Linford z przyszłych startów zrezygnować nie zamierza. Ma za sobą bogatą karierę w sportach samochodowych i, jak wyznał, niezależnie od tego, czy celem rywalizacji jest pokonanie w jak najkrótszym czasie rajdowego odcinka specjalnego, czy zużycie jak najmniejszej ilości paliwa, chęć i smak zwycięstwa pozostają te same...

Wyniki imprez takich, jak MPG Marathon, idą w świat, przekładając się na wzrost zainteresowania mikrosamochodami. Smarty są coraz popularniejsze wśród mieszkańców wielkich miast zachodniej Europy, ale stają się bardziej widoczne także na polskich ulicach, i to nie tylko jako auta dostawców pizzy. Owszem, ich użytkownicy narzekają, że są one ciasne, niewygodne, mają mały bagażnik, niemiłosiernie trzęsą na wybojach, nie imponują osiągami (diesel rozpędza się od zera do setki w około 18 sekund), ale wspomniane wady okazują się mniej ważne od zalet: znikomego zapotrzebowania na paliwo (diesel według danych fabrycznych spala w cyklu mieszanym 3,3 l/100 km, co oznacza nawet 1000 km między tankowaniami), poręczności w gęstym ruchu miejskim i niewielkich gabarytach, kapitalnie ułatwiających znalezienie miejsca do zaparkowania.

Historia smarta sięga roku 1989 r. kiedy to Nicolas Hayek, konstruktor zegarków swatch, podsunął firmie Daimler-Benz pomysł stworzenia samochodu, pomyślanego specjalnie do jazdy w miejskich korkach. Pierwszy smart zjechał z taśmy montażowej w 1997 r. Od tego czasu sprzedano ponad 1,2 mln sztuk tego auta, przez wielu długo traktowanego jako snobistyczny gadżet, zabaweczka, niegodna prawdziwych fanów motoryzacji. Dodajmy - zabaweczka całkiem kosztowna.

W polskich salonach ceny drugiej generacji (zadebiutowała w 2007 r.) smarta fortwo coupe z silnikiem benzynowym 999 ccm (61 KM) zaczynają się od ok. 39 000 zł. Za diesla 799 ccm (54 KM) trzeba zapłacić co najmniej 45 000 zł, a topowy smart fortwo 1.0 Brabus Xclusive (102 KM, benzyna) po doposażeniu może kosztować nawet ponad 100 000 zł!

Drogo, ale poczucie, że jeździ się najoszczędniejszym i najbardziej przyjaznym środowisku naturalnemu (rekordowo niska emisja CO2) modelem samochodu z napędem spalinowym - bezcenne. Podobnie jak możliwość zaparkowania na chodniku prostopadle do krawędzi jezdni...

Dowiedz się więcej na temat: 100

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje