
Oszczędni narzekali na wzrost kosztów eksploatacji samochodów, ekolodzy na wzrost emisji spalin, a stojący w kilometrowych korkach mieszkańcy dużych miast wytykali, że jest to kolejne narzędzie w rękach policji, służące reperowaniu lokalnych budżetów. Pomijając kwestię poprawy bezpieczeństwa (która i tak nie ulegnie zmianie, dopóki w miejscu klepisk nie pojawią się normalne drogi) wszyscy mieli rację.
Lata zaborów nauczyły nas tego, że każdy przepis można obejść. Zabronią nam budować - kupimy sobie wóz, każą jeździć na ropie - odbarwimy olej opałowy, zrobią jednokierunkową - wjedziemy w nią tyłem. Nie ma cwaniaka, nad Polaka...
Na mało wyrafinowany, acz skuteczny sposób radzenia sobie z obowiązkiem jazdy na światłach wpadł jakiś czas temu mieszkaniec Łodzi. Pan Jerzy, właściciel alfy romeo 147, sfotografował zapalone światła swojego bolidu, po czym wydrukował zdjęcia w skali 1:1 i przykleił na lampy.
Dziwi nas jedynie, że pomysł ten nie zrodził się w głowie właściciela dwudziestoletniego malucha, którego w całości trzyma jedynie popękana szpachla.
Pan Jerzy twierdzł kiedy po raz pierwszy pisaliśmy o tym na "poboczu", że jest to jego protest przeciw bzdurnym przepisom, i że dzięki temu zaoszczędzi w ciągu roku 390 zł (swoją drogą ciekawe skąd ta kwota?).
Protest protestem, ale trzeba przyznać, że owa 390 złotowa oszczędność brzmi dziwnie w ustach właściciela alfy romeo, który wydał na samochód co najmniej 60 tys. zł, z czego 20 stracił już w pierwszym roku eksploatacji...







Twój komentarz może być pierwszy!