Obiad z wielkiego trucka

Robert Sowa, który do tej pory dojeżdżał z produktami, garnkami i akcesoriami kuchennymi do telewizji, aby tam gotować na ekranie, tego lata pojedzie w prawdziwie komfortową trasę na pokładzie zestawu potężnego, czerwonego renault magnum i naczepy z rozkładaną profesjonalną kuchnią do gotowania w terenie.

- O tym marzyłem - mówi mistrz kulinarny i już zaciera ręce.

Reklama

- W tym roku zafundowano mi coś, o czym marzyłem chyba całe życie - mówi Robert Sowa, kucharz, szef kuchni warszawskiego Hotelu Jan III Sobieski.

Gdy w 2002 roku jeździł po Polsce z ekipą "Lata z radiem", gotując w wielkim garze 5100 litrów zupy i przygotowując dania na megapatelni o pojemności 1,5 tony, wymyślił, że może do takiej trasy przydałaby się jakaś mobilna kuchnia. O pomyśle zapomniał aż do tego roku, kiedy spotkała go wielka niespodzianka.

- Poprowadzę ekipę kulinarną Przebojowego lata 2007 jako szef kuchni. Wspólnie z Tygodnikiem "Naj", Radiem Zet oraz Telewizją Polsat organizujemy wielką trasę koncertową, z którą objedziemy Mazury, miejscowości nadmorskie i jeszcze kilka innych zakątków Polski. Będziemy mieć największą profesjonalną kuchnię na kółkach, ze światłami, nagłośnieniem, sprzętem multimedialnym, piecami, grillami, chłodniami i klimatyzacją. Potężne renault magnum będzie ciągnąć naczepę z kuchnią przygotowaną według projektu Krzysztofa Baranowskiego.

- Będziemy wjeżdżać na miejsce imprezy, a potem za naciśnięciem guzika naczepa rozłoży się i tam będziemy przyrządzać zdrowe dania na bazie łososia norweskiego, drobiu oraz warzyw i gotowych dań "Kuchnia Świata" Horteksu, doprawiając je aromatycznymi ziołami i przyprawami Prymat. Nareszcie nie będę występował w kuchni zaaranżowanej, gdzie wszystko mi się pod garnkiem pali, tylko w profesjonalnej dużej kuchni. Na naczepie jest nawet kilka miejsc dla gości - mówi z zachwytem Robert Sowa.

- Modlę się tylko, żeby system hydrauliczny zadziałał, chociaż wiem, że i tak sobie poradzę, choćby nie wiem co się działo - mówi rozradowany. Koledzy chcą mu kupić wielką podświetlaną gumową sowę, która będzie oznajmiać jego przyjazd.

- To nawiązanie do mojego sentymentu do filmu "Konwój" - mruga okiem Robert Sowa.

- Mój pierwszy samochód to był maluch, którego kupiłem dwadzieścia lat temu w Peweksie w połowie za złotówki, a w połowie za dolary. Zamówienie się bardzo opóźniło, więc sprzedali mi auto, które miało jechać do Holandii. To była chyba "650" z zagłówkami, radiem Safari, zapalał z kluczyka, co było wówczas nowością, z plastikowymi listwami z boku, fotele były kubełkowe, zderzaki szerokie, a lakier bordo metalik - przypomina sobie Robert Sowa.

- Całe osiedle pielgrzymowało do tego auta. Dbałem o nie bardzo, ale w końcu sprzedałem i właściciel niedawno jeszcze je zachwalał - mówi Robert Sowa, który potem jeździł escortami, miał też dwa razy hondę civic i dwie hondy accord. Ostatnio poruszał się volvo cross country, które jego jedenastoletnia córka nazywała "bobaskiem".

Dowiedz się więcej na temat: kuchnia | auto | maks | obiad | robert | Robert Sowa | Sowa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL