Blondynka i 250 KM

Monika Luft, dziennikarka i pisarka, autorka książek: "Śmiech iguany" oraz "System argentyński", jeździ kosmicznym Saabem 9-3 Aero, ale marzy o potężnym, ale przy tym oszczędnym i przyjaznym środowisku Lexusie 400h z napędem benzynowo-elektrycznym.

Jak Monika Luft wybiera samochód dla bohatera książki?

Reklama

- Długo się zastanawiam, szukam w internecie, w katalogach... Wydaje mi się, że auto w jakiś sposób opisuje człowieka - mówi dziennikarka. Ale samej trudno jej ocenić, co mówią o niej jej samochody.

Na kurs prawa jazdy zaczęła chodzić, gdy miała piętnaście lat. Wtedy taki kurs trwał miesiącami. Zaraz po szesnastych urodzinach zdała egzamin. Od tamtej pory wciąż jeździ. Była na pierwszym roku studiów, gdy usiadła za kierownicą małego Fiata swojego ówczesnego męża.

- Maluch nie był może szczytem marzeń, ale mieliśmy coś, czym można było swobodnie się przemieszczać. Żeby dojechać na wakacje, trzeba było upychać rzeczy kolanem. Ale lepsze to, niż autostop! Dzisiaj już bym do Malucha nie wsiadła, rower daje mi większe poczucie bezpieczeństwa - śmieje się Monika Luft, która uwielbia szybką jazdę, ale za kierownicą nie przekracza granic zdrowego rozsądku. Mandaty płaci rzadko, zwykle kończy się na pouczeniu.

- Nigdy nie miałam potrzeby bicia rekordów za kierownicą. Mój bardzo dobry przyjaciel, który jest kierowcą rajdowym, zawsze mi powtarza, że powyżej 120 kilometrów na godzinę trudno zapanować nad samochodem w razie kłopotów. Nie zawsze mi się udaje tak "wlec", ale pamiętając dobre rady, staram się nie przekraczać na szosie 140-150 kilometrów na godzinę - mówi Monika Luft, która teraz jeździ samochodem z potężnym 250-konnym silnikiem i kosmicznym przyspieszeniem. Saab 9-3 SportKombi 2.8 V6 TS Aero ma jej ulubiony srebrny kolor, dużo miejsca i potężny bagażnik, do którego łatwo spakować bagaże.

- To auto z największym silnikiem i przyspieszeniem, jakie miałam. Wybór nie był trudny, samochód stał w salonie i najwyraźniej czekał właśnie na mnie. Jest szybki i zrywny, a przy tym przestronny. Duży samochód jest dla mnie czymś w rodzaju kawałka domu, który zabieram ze sobą w podróż - mówi Monika Luft. Auto jest jednak nieco za niskie, przedni zwis lubi zahaczyć o wysoki krawężnik.

Na skandynawskie samochody zdecydowała się po przygodach z Lexusem IS 200.

- To było auto z dwulitrowym 150-konnym silnikiem, miało dobre przyspieszenie, fotele były pokryte alcantarą, pod ręką miałam CD na sześć płyt. Od razu je polubiłam. Niestety, miało opony o dość niskim profilu, bardzo miękkie zawieszenie i czuło się nim każdą dziurę. Jest na pewno świetne na równe jak stół japońskie drogi, ale na naszych wybojach można dostać siniaków. Pewnego razu spóźniłam się też z wymianą opon na zimowe. Gdy spadł śnieg, musiałam czekać aż stopnieje, bo nie mogłam nawet wyjechać z garażu. Auto miało tylny napęd i na śniegu natychmiast wpadało w poślizg - mówi.

W Lexusie przeżyła także niespodziewaną przygodę.

- To była moja pierwsza dłuższa podróż tym samochodem, wracałam z Krakowa przez Katowice do Warszawy. Była zima, środek nocy, wskaźnik paliwa wskazywał jeszcze ćwierć baku. Byłam zadowolona, że auto tak mało pali. Nagle silnik zgasł, a ja dotoczyłam się na pobocze w środku lasu. Wezwałam pomoc, która dotarła po długim oczekiwaniu. Robiło się coraz zimniej, bateria w komórce siadała... Najadłam się strachu. Gdy samochód trafił do serwisu, okazało się, że zepsuł się pływak w zbiorniku paliwa. Jak przystało na blondynkę, utknęłam w środku nocy w lesie, bo skończyła się benzyna! - wspomina dziennikarka.

Dowiedz się więcej na temat: dziennikarze | Saab 9-3 | saab | maks | paliwa | Blondynka | auto | 'Blondynka'

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje