Używane auto bez ryzyka

Rynek samochodów używanych nasycił się do tego stopnia, że większość aut zdążyła już zapuścić korzenie w komisach.

Nie dziwi więc fakt, że sprzedawcy chwytają się wszystkiego, by jak najszybciej się ich pozbyć, zarabiając przy tym niemałe pieniądze.

Reklama

Niefrasobliwe kupowanie takich samochodów może się kojarzyć z grą w swoistą rosyjską ruletkę: uda się kupić coś naprawdę dobrego, albo się nie uda!

I właśnie tym, którzy przymierzają się do zmiany swojego pojazdu, dedykujemy nasz cykl "poradnik kupującego", czyli jak nie dać zrobić się w balona...

W pierwszym odcinku kilka podstawowych porad, jak samodzielnie ocenić, czy dany samochód był "bity".

Cudów nie ma...

Ponieważ jako naród znani jesteśmy ze swej religijności, często zdarza nam się wierzyć w cuda. To nasz podstawowy błąd...

Standardowe ogłoszenie w gazecie lub serwisie aukcyjnym składa się przeważnie ze 100 - 300 znaków. Jedyne, co powinniśmy brać z niego na poważnie to cena, kolor i rocznik (a i to nie zawsze - pamiętajmy, że przy wycenach bierze się pod uwagę rok produkcji, a nie datę pierwszej rejestracji).

Reszta opisu to przeważnie stworzona z szeregu niedopowiedzeń starannie zarzucona sieć, w którą potencjalna ofiara ma się złapać. Dobrze więc traktować treść ogłoszenia z rezerwą.

Wybierając się na oględziny, trzeba pamiętać, że podstawową funkcją samochodu jest jazda. Średniej klasy auto przejeżdża rocznie 20-30 tys. km (diesle oczywiście więcej). Przeciętny "dziesięciolatek" powinien więc mieć na liczniku grubo ponad 200 tys. km. Powinien. Tylko czy ktokolwiek by go wtedy kupił...?

Jeśli interesujący nas pojazd nie był kupiony u dealera w Polsce i nie ma prowadzonej u nas książki serwisowej, ciąg cyferek pod prędkościomierzem traktujmy z przymrużeniem oka. Książka serwisowa, oczywiście, w pewnym stopniu uwiarygodnia przeszłość samochodu, trzeba tylko pamiętać, że zupełnie dziewicza to dzisiaj wydatek rzędu 50/100 zł w zależności od marki. Dlatego warto dokładnie się jej przyjrzeć. Często zdarza się tak, że na ostatniej stronie "oryginalnej serwisówki" dziesięcioletniego auta widnieje drobny, acz znaczący napis "printed in China 2006"...

Z drugiej strony trzeba pamiętać, że przebieg rzędu 200 tys. nie jest dla większości samochodów niczym szczególnym. Zamiast zaprzątać sobie głowę wskazaniami licznika, lepiej skupmy się na dokładnym sprawdzeniu stanu auta.

Ciąg dalszy na następnej stronie

Dowiedz się więcej na temat: używana | szyby | Auta | oględziny | ślady | auto

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje