Europa w górę, Polska w dół

Programy rządowych dopłat do samochodów okazały się strzałem w dziesiątkę.

Dzięki nim sprzedaż aut ruszyła w górę i okazała się głównym motorem napędowym wychodzenia z kryzysu całych gospodarek. Szkoda tylko, że w naturalny sposób nie obniżono podatków, zamiast tego stosując socjalistyczny system redystrybucji pieniądza...

Reklama

W październiku sprzedaż nowych samochodów w Europie wzrosła o 11,2 proc w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. W 28 państwach europejskich (25 członków UE, bez Cypru i Malty ale z nienależącymi do UE Islandią, Norwegią i Szwajcarią) zarejestrowano 1 200 861 nowych aut. Chociaż liczba nowych rejestracji rośnie od czerwca, to licząc od początku roku, spadła o 5 procent, do 12,2 mln.

W październiku największy wzrost liczby rejestracji zanotowano w Wielkiej Brytanii (31,6 proc), Hiszpanii (26,4 proc) i na największym europejskim rynku, czyli w Niemczech (o 24,1 proc).

Ale uwaga. Zupełnie inny obraz rysuje się, jeśli wziąć pod uwagę tylko kraje tzw. nowej Unii (w tym Polskę). Na tych rynkach liczba rejestracji spadła o katastrofalne 36,9 proc! Powód jest oczywisty, mimo słabej siły nabywczej obywateli, rządy nie wprowadziły ani dopłat, ale żadnej innej formy zachęcania do kupowania nowych aut.

Dlaczego w Polsce nie czuć takiego załamania sprzedaży? Ponieważ zdecydowana większość produkowanych w naszym kraju aut trafia na eksport, za granicę sprzedaje samochody również wielu dilerów.

A ograniczenie ofiar liczby wypadków drogowych można osiągnąć również innymi sposobami niż wymiana aut na nowsze i bezpieczniejsze. Np. wdrażając programy "uspokajania ruchu", montując kolejne setki radarów i sprawiając, że będziemy podróżować z prędkościami charakterystycznymi dla dwukonnych zaprzęgów...

Dowiedz się więcej na temat: Europa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL