Wielki powrót małych strzałek

Na skrzyżowania wreszcie wrócą zielone strzałki do warunkowego skrętu w prawo.

Wycofanie się z niepotrzebnego ograniczenia prawnego zajęło urzędnikom pięć lat!

Reklama

Warszawa, Powiśle. Główna trasa prowadząca z jednego z mostów do centrum miasta wiedzie niewielkimi uliczkami. Na jednym ze skrzyżowań trzeba skręcić w prawo. Od kiedy w ubiegłym roku zniknęła z niego zielona strzałka, rozpoczęło się drogowe piekiełko. Stojące w korku auta blokują nawet sąsiednie skrzyżowanie. Mieszkańcy boją się otwierać okna z powodu spalin i hałasu klaksonów.

W ciągu najbliższych miesięcy zielone strzałki mają wrócić na Powiśle, i na każde podobne skrzyżowanie w Polsce. Urzędnicy wreszcie przyznali rację poirytowanym kierowcom: likwidacja zielonych strzałek zmniejszyła przepustowość skrzyżowań. Przy wzrastającej lawinowo liczbie samochodów efekt tej polityki mógł być tylko jeden: kompletne zakorkowanie polskich miast.

Źródłem problemu okazał się załącznik, a konkretnie jedno zawarte w nim zdanie. Wynikało z niego, że sygnalizatorów nie można umieszczać we wszystkich miejscach, w których ruch pojazdów jest kolizyjny. Tyle, że akurat kolizyjny ruch pojazdów jest cechą każdego skrzyżowania.

Propozycja wywołała gigantyczną falę krytyki. W latach 2003-2007 na polskich drogach co roku ginęło od 5,2 do 5,7 tys. osób, jednak potrącenie pieszych w czasie warunkowego skrętu to zaledwie promil wśród wypadków z udziałem pieszych. Rzeczywiście, przy korzystaniu z "zielonej strzałki" kierowcom zdarza się wymusić pierwszeństwo, ale takie sytuacje kończą się z reguły "pyskówkami", a nie potrąceniami.

Paradoksalnie, likwidacja strzałek nawet pogorszyła bezpieczeństwo - po prostu kierowcy nauczyli się ignorować ich brak. Podjeżdżają na czerwonym świetle do skrzyżowania bez strzałki i rozglądają się, czy w pobliżu nie ma radiowozu. Jeśli nie, zazwyczaj jadą mimo braku strzałki.

Wbrew twierdzeniom niektórych urzędników, rezygnacji ze strzałek nie wymagała od nas Unia Europejska. Np. w Berlinie i Hamburgu blaszane strzałki do warunkowego skrętu zostały zamontowane od 2003 roku na kilkuset skrzyżowaniach. A w Polsce mogło być jeszcze gorzej - gdyby nie obecna zmiana przepisów, każda "zielona strzałka" (blaszana lub świetlna), która uchowałaby się do tej pory, 1 stycznia 2009 stałaby się nielegalna i trzeba byłoby ją zdjąć.

Aby uniknąć bałaganu, już wcześniej Ministerstwo Infrastruktury opublikowało wykładnię prawną. Wynikało z niej, że strzałek wcale likwidować nie trzeba, nawet przy okazji remontu sygnalizacji. - Naszą intencją jest zachowanie strzałek do warunkowego skrętu, gdyż zwiększają płynność ruchu. W czasie okresu przejściowego podczas opracowywania nowego rozporządzenia zarządcy dróg nie musieli strzałek usuwać - podkreślał Maciej Wroński z departamentu Transportu Drogowego Ministerstwa Infrastruktury..

Reakcje zarządów ruchu były różne: albo czekały cierpliwie na obiecaną nowelizację przepisów, albo likwidowały strzałki przy każdej przebudowie skrzyżowania wymagającej zatwierdzenia projektu organizacji ruchu. Liderem w usuwaniu zielonych strzałek okazała się Warszawa - jedno z najbardziej zatłoczonych miast w Polsce. Stołeczny miejski inżynier ruchu Janusz Galas zielone strzałki usuwał, mimo że - jak publicznie zapewniał - był przepisowi w 100 proc. przeciwny. - Intencja to nie podstawa prawna. Dopóki nowe rozporządzenie nie zacznie obowiązywać, nie mogę zrezygnować z usuwania strzałek. W razie wypadku na skrzyżowaniu z warunkowym skrętem mogę zostać pozwany przez poszkodowanych z powodu stworzenia zagrożenia bezpieczeństwa - twierdził Janusz Galas.

Teraz wszystko jest już jasne i mamy nadzieję, że po kilku latach drogowego absurdu pozytywny efekt powrotu zielonych strzałek będzie wkrótce widoczny na ulicach polskich miast.

INTERIA.PL/Motor
Dowiedz się więcej na temat: powrót | wielki powrót | skrzyżowania

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje